Wczoraj zmuszona byłam wpaść w machinę japońskiej biurokracji po raz kolejny. Też nie miałam kiedy... Wczoraj był dzień między weekendem a kolejnym świętem. Świętem konstytucji nota bene. Jak załatwiać sprawy biurowe to dostaję spazm i podejrzewam, że większość z was też. W tym kraju podyktowane jest to maksymalną biurokracją oraz masą zbędnych papierków informacyjnych i mapek. Z pewnością jest to duże ułatwienie i pewien plan 'co po kolei robić' dla takich osób jak ja, które na słowa: 'Musi Pani jechać jechać do tego urzędu', od razu knują plan jak wysłać to pocztą, poprosić kogoś lub odłożyć na inny bardziej dogodniejszy termin. Jednak sprawa niecierpiąca zwłoki, wiadomo, trzeba od razu i to szybko póki jeszcze otwarte. Po dotarciu na miejsce okazało się, że kolejka jak stąd do drogi mlecznej, końca nie widać. A na 4 okienka jedno czynne. Wszystko to za sprawą Golden Weekendu, który jest planowany jako wolny miesiące wcześniej. Jednak ku mojemu zaskoczeniu (poza półtorej godzinnym stanu w wężyku) wszystko poszło nadzwyczaj sprawnie. Dałam dokumenty, poczekałam 5 minut i oczom moim ukazał się przedmiot pożądania. Byłam tak zaskoczona, że biorąc go do ręki nie byłam pewna czy powinnam już na pewno wyjść, bo jakoś tak nadzwyczaj szybko. Zdarza się. Cuda urzędowe się zdarzają.
A dla nas dzień jak co dzień, na szczęście mało ludzi i dobrze się pracuje.