Wpisy z tagiem: Aoyama
piątek, 24 lutego 2012
Mniej znaczy zdrowiej?
Mamy dużą stołówkę na AGU. Odważyłabym się nawet użyć bardzo dużą. Dwa piętra plus dodatkowa stołówka w drugim budynku. Z okazji letniej przerwy (która, jak już wcześniej wspominałam, dla nas nie istnieje) mniejsza stołówka jest na wakacjach. Z tej samej okazji postanowiono zrobić remont drugiego piętra głównej, co ciągnie za sobą odcięcie połowy pierwszego, dokładniej części, w której parter z piętrem łączą schody. Mało tego. Od kwietnia przychodzi nowa krew, co jest żniwem dla firm wynajmujących mieszkania. Stąd połowa tego co nam zostało przeznaczona została na nich i reklamy mieszkań. Wszystko to oznacza powrót do szukania miejsc dokładnie jak podczas roku akademickiego i zajmowanie stołów jeszcze przed podejściem do kolejki. Ale nie jest źle. Zaprawieni w bojach, ciągle mamy około pi razy drzwi, może 150 miejsc, więc dajemy radę. Redukcja z pięciu do dwóch otwartych drzwi też nie robi na nikim wrażenia. A w zasadzie to doszło to do mnie dopiero teraz, podczas pisania. W wakacje panuje też zwyczaj nowego menu. Tym razem, o zgrozo, zapodano 'zdrowy lunch'. Sprowadza się do kawałka nieco chłodnego łososia, kawałeczka daikonu, kilka warzyw na krzyż, parówki rybnej (tutaj bym się sprzeczała czy na pewno ona jest taka zdrowa), miso i porcji ryżu odmierzanej na wadze. Dodatkowo przy wyborze tej bomby witamin i minerałów nie można zamówić podwójnego ryżu. A teraz okiem Polki: połowa ryżu, wyższa cena, reszta jak w typowym lunchu rybnym. Mniej pewnie może znaczyć zdrowiej, ale nie jest pewna, czy obecna porcja dostarcza mi tyle kalorii ile powinnam spożywać. Proszę się nie martwić zapasy czekoladek dopełniają braki :) Poza tym dziś uzupełnię wszystkie braki na pakistańskim obiedzie. Odliczanie trwa.
poniedziałek, 28 marca 2011
Japońska ułańska fantazja
Wypruta literacko. Tak czułam się przez ten weekend. Kilkanaście dni codziennych postów, odpisywania na maile, smsy, rozmowy przez Skypa i telefon. Gorący okres wreszcie dobiegł końca, musiałam złapać trochę powietrza. Dosłownie i w przenośni, bo jeśli nie pracowałam przed komputerem to byłam zamykana w domowym ognisku mojej japońskiej rodziny w celach bezpieczeństwa, bez otwierania okien i podobnych luksusów. Mimo, że mieszkam po drugiej stronie Tokyo i nasza woda w kranach płynie prosto z rzek spod góry Fuji ludzie woleli dmuchać na zimne i ciągle ciężko jest o butelkę wody w sklepie. Mleko też wydaje się być problematycznie w naszej mieścienie, ale do zrealizowania. Reszta produktów magicznie powróciła na półki. W ramach podsumowania polecam galerię 'In Focus with Alan Taylor'. Żadne słowa nie są tu na miejscu. W minioną sobotę natomiast moja Aogaku, i wiele innych uczelni w Tokyo, miały ceremonie zakończenia roku i co się z tym wiąże imprezy pożegnalne. Można sobie wyobrazić jaki kac gigant spowił młodą generację stolicy w niedzielę rano. Sądzę, że tamtego ranka nikt nie zastanawiał się nad poziomem radioaktywności wody w kranach, tylko 'brał co dawali'. Do naszej imprezy dołączył kolega, który kilka dni przed trzęsieniem przeniósł się do Sendai (jednego z bardziej dotkniętych miast), by tam kontynuować swoją edukację. Prowadziliśmy gromką dyskusję na temat tego, jak inne prefektury teraz oszczędzają prąd, by pomóc północnym terenom. On stwierdził, że nie jest do końca przekonany, czy taka akcja miałaby rację bytu w USA, bo ma wrażenie, że tam każdy myśli o sobie. Trzeba przyznać, że tutaj widać tę pomoc na każdym kroku. Nawet nasza stołówka funkcjonuje tylko w godzinach słonecznych, nie korzystając ze sztucznych źródeł światła. W sklepach pali się co druga, czy trzecia (albo jeszcze mniej) żarówka. Zaczęłam się zastanawiać jakby to sprawdziło się w Polsce. Gdyby tak pewnego chłodnego dnia w połowie Warszawy wyłączać ludziom prąd i oznajmić, że potrwa to przez miesiąc trzy godziny dziennie w celu pomocy obszarom po powodzi na południ, na przykład. Nie potrafię przewidzieć reakcji ludzi. Naturalnie spytałam się też o promieniowanie, bardziej pod kątem: czy dostają jakieś lekarstwo, jakieś komunikaty, jak on dba o siebie. Na co uśmiechnął się i rzekł: "Nie bardzo wiem jaki jest poziom promieniowania w Sendai. Chyba wszystko w porządku, ja funkcjonuję jakby nigdy nic." Rozsądek, japoński duch bushido czy ułańska fantazja? Widać moje 'luz, blues, orzeszki' jest też na miejscu. Jeśli ludzie tak blisko reaktora nie panikują, to dlaczego mam ja, tyleż kilometrów na południe. Znaleziono radioaktywny szpinak i mleko, rząd zabronił sprzedawania owych produktów z tamtym terenów, przyczyną czego na imprezie odmówiono nam jednej potrawy ze szpinakiem, bo nam się zapomniało. Jednym słowem dostawy wstrzymano. Mam wrażenie, że w naszym ojczystym kraju ludzie popukali by się w głowę, a programy telewizyjne miałyby żniwo z serii 'Jak nam się teraz ciężko żyje'. Płacz i zgrzytanie zębów. To jedem z powodów, dla którego jestem w chwili obecniej tu, a nie nigdzie indziej, oraz dla którego nie wyjechałam: jest nam ciężko, nie narzekamy, jest tragicznie, ale przecież będzie lepiej. Podtrzymuję moją opnię, że najwięcej zamieszania robią teraz zagraniczne media i obcokrajowcy. Oczywiście Japończycy to nie maszyny i nie każdy znosi taką presję. Przecież właśnie w tym kraju mlekiem i wiśnią płynącym odnotowuje się najwięcej samobójstw. Jeśli się mylę, proszę o poprawkę. Niemniej jednak abstrahując od wszystkich konkluzji wróciłam do domu o 5:30 na ranem po zaliczeniu dwóch barów i dwóch miejsc karaoke (za każdym razem z pomniejszającą się ilością uczestników), pełna energii i nowych, fascynujących opowieści, którymi nie mogę się podzielić. Nowy dzień oznacza powrót do rzeczywistości i nawet znaczące uśmieszki nie są już dozwolone. Impreza jest przeszłością i wszystkie wybryki też. Co kraj, to obyczaj.
czwartek, 24 marca 2011
... a za rogiem hanami
Wszystkie ostatnie wydarzenia w Japonii na pewno niepokoją, ale po mojej stronie Tokyo nic nie zostało poważnie uszkodzone. Co więcej, praca nie zając, nie ucieknie, tylko się kłębi. We wtorek wróciłam do mojego mieszkanka i do codzienności. Oznacza to, że dostaję tylko kryzysowe wieści od mojego profesora, reszta mnie omija. Może i lepiej? Nie martwiłam się, ale teraz tym bardziej się niczym nie martwię. Szkoda mi wszystkich ludzi, których dotknęła klęska, ale to co teraz mogę zrobić dla tego kraju to wykonywać badania, na które przyznano mi fundusz. Spłacać niejako dług zaufania. Trzęsienia też słabną, co dzień odczuwamy ich coraz mniej. Dziś rano dwa niewielkie i jedno szarpnięcie. Poziom radioaktywności jest ciągle nieco niebezpieczny w okolicy reaktora. Co do wody, to słyszałam, że gdzieś w Tokyo może być skażona, ale ja spędzam lwią część czasu na uczelni, więc przyzwyczaiłam się do kupowania wody w butelkach. Zanim nawet pomyślałam o żłopaniu jej prosto z kranu w lab zostałam (już będzie rok temu) przestrzeżona przed nią. Jeśli chodzi o reaktor to zachęcam do lektury (po angielsku niestety) pewnego artykuły, który moim zdaniem jest dość trafny i naprawdę obszerny. Nie jestem związana z tą dziedziną, więc nawet nasze (moje i reszty naszej grupy pod silnym wezwaniem) poglądy mogą być czystymi spekulacjami. Wolę zamilknąć, gdyż teraz nawet nie będę oglądała wiadomości. Wczoraj uczelnia wyposażyła mnie w super lekki model Vaio w kolorze... złotym. Tak, sama sobie taki wybrałam. Będzie mi służył do pracy wszędzie. Cóż za troska, aż się łezka w oku kręci. Dlaczego złoty? Bo każdy ma czarny, więc czemu nie złoty. Nie jest jakiś połyskujący, spokojnie, jest matowy, a nawet ma w sobie coś z miedzi. Pojutrze mamy ceremonię zakończenia roku, a po niej tradycyjny japoński nomikai (w wolnym tłumaczeniu popijawę). A nowy rok już pierwszego kwietnia. Niektóre uczelnie przełożyły rozpoczęcie nawet o miesiąc, a niektóre postanowiły odwołać ceremonię zakończenia. Nasza działa jak w zegarku,a przecież główny kampus jest w jednym z centrów Tokyo. Nawet dostałam już zaproszenie na hanami (oglądanie kwitnących wiśni). Bo przecież za 2-3 tygodnie Japonię przykryje biały, ciepły puszek z drzew, niezależny od trzęsień, czy radioaktywnego powietrza.
piątek, 25 lutego 2011
Bezsenność w Kanagale
Ta przypadłość prześladuje mnie od zawsze. To, że mało snu wystarcza mi zazwyczaj do codziennej egzystencji, to żadna nowość dla mojego bliskiego otoczenia. Raz na jakiś czas mam noce, kiedy absolutnie nie mogę zmrużyć oka. Tak też się dziś stało. W zamian miałam okazję obserwować blady świt w Kanagale (jedna z prefektur Japonii). Posiedziałam przy obowiązkach do 5 nad ranem, spakowałam się, wyruszyłam zmienić ubranie i wziąć prysznic. Pierwsza zagwostka, o 5 rano(!), czekała mnie już u progu bram uczelni. Pan wjeżdżał mini ciężarówką (bo tu wszystko jest mini, czasem mam takie wrażenie) na uczelnię. Nie była to śmieciarka, raczej jak samochód dostawczy. Ale co? Nie napoje, bo kto po ciemku przeładowuje automaty? Tak mnie wryło, że niemal się spytałam. Ale powstrzymałam się coby nie peszyć już wystarczająco goniącego pana zza kierownicy w białym wdzianku. Podreptałam do domu. Przepakowana i odświeżona ruszyłam do całodobowego po śniadanie i w stronę uczelni. Były okolice szóstej, kiedy mijali mnie biegnący ludzie na pociąg, goniące samochody osobowe i dostawcze, uczniowie w mundurkach z torbami sportowymi uwieszonymi na chudziutkich ramionach (o 6 rano!). Przyglądaliśmy się sobie z takim samym zainteresowaniem, jak przygląda się człowiek w zoo, pierwszy raz widząc egzotyczne okazy na własne oczy. Po drodze głowiłam się nad faktem, dlaczego nie chce mi się spać, dlaczego nawet nie ziewam, dlaczego mam wrażenie, że właśnie wstałam. Doprawdy nie wiem, ale dziś na pewno usnę bez problemów. Panowie strażnicy już chyba nie mają siły do moich ciągłych gonitw o dziwnych godzinach, więc mijając tego samego, któremu nieco ponad godzinę temu mówiłam 'do widzenia' a teraz krzyczę 'dzień dobry' obrzucił mnie tak szczerym uśmiechem, że aż pokiwał głową z niedowierzaniem. Będąc studentem można wejść na teren uczelni o każdej porze, tylko od zamknięcia bram trzeba dodatkowo pochwalić się legitymacją. Mnie ten zwyczaj omija, jestem tak rozpoznawana, że pytają się tylko czy na pewno chcę wejść 'przecież jest 12 w nocy', a ja zawsze to samo, że tak 'chcę tylko obliczenia sprawdzić'. Wyślizguję się potem inną bramą, żeby mi się droga do mieszkania nie znudziła zbyt szybko. Teraz na zegarze dochodzi 10:30 rano i czuję się dziwnie oszołomiona. Wszyscy magistrowie pojechali na główny kampus po pieczątki szefa szefów, a ponieważ są wakacje wszyscy przychodzą nieco później. I oto jest sama jak palec, czując że ta dobra trwa już ponad 24 godziny. Poniżej świt w pierwszy naprawdę ciepły dzień tego roku, mamy 17 kresek (na plusie oczywiście) i pełne słońce. Przepraszam za komórkową jakoś zdjęć.
wtorek, 15 lutego 2011
Bałwany na japońskiej ziemi vs inżynierowie
Jedni skończyli, inni zjadają paznokcie. Obron ciąg dalszy. Po magistrach (można przeczytać w starszym poście) czas na inżynierów. A w zasadzie studentów czwartego roku, bo pojęcie inżyniera raczej tu nie funkcjonuje. Więc mamy powtórkę z rozrywki, tylko nie cztery, a dziewięć osób tym razem i zaledwie 10 minut na każdego delikwenta. Atak nastąpi w piątek, toteż już od wczoraj robimy im czystkę w głowach i w prezentacjach. Na ostatniego zawodnika umieszczającego całkowicie niewidoczne kolory (np. żółte, cienkie linie wykresu na białym tle) po prostu zabrakło mi sił. Wyciągnęłam go na drugi koniec sali i kazałam przeczytać to, co napisał tym czerwonym kolorem na jakimś tam tle. 'Nie widzę' - stwierdził. A ja na to 'Dziękuję. Nie mam więcej komentarzy'. Cała sala wybuchnęła śmiechem, ale na ich oczach malował się obraz wilogodzinnych poprawek własnych nieprzemyślanych decyzji. Siedzieliśmy od 17:00 do 23:00 z pół godzinną przerwą na obiad, który przyjechał na zamówienie. Gdy tylko skończyliśmy, wszyscy jak jeden mąż wylegliśmy do swoich domów, każdy w swoją stronę, z wyjątkiem trzech osób. Jak zobaczyłam śniegu po kostki poczułam dziecięcy przebłysk w głowie i niepohamowaną radość. Schyliłam się ubrana w elegancki płaszczyk, z torebką zawieszoną na przedramieniu i eleganckich rękawiczkach, nikt nie spodziewał się tego, co miało nastąpić. Zrobiłam szybko niepozorną kulkę i rzuciłam w Shimadę. I nagle w moje oczy wkradł się obłęd, w serce ciepło, a w usta radość. Kolejna kulka poleciała na Motokiego, który starał bronić się parasolką. I dalej poszło już samo, zaczęliśmy się wszyscy rzucać stojąc w trójkącie i biegając w kółko i ciesząc się jak sześciolatki. W drzwiach pojawił się Asahara i Aoki, więc cała nasza artyleria bez zastanowienia poleciała w ich stronę. Potem zapoczątkowałam lepienie bałwana. Kule były naprawdę ciężkie, bo śnieg nadzwyczaj mokry (było jakieś +5 stopi!) a ja odganiałam się od okrzyków zachwytu. Biedni, jak oni spędzili dzieciństwo bez śniegu. Jak tylko lepienie dobiegło końca ten sam obłęd wdarł się w moje oczy i moim celem padł Aoki, bo stał najbliżej. Dzikie rzucanie i hasło: Japonia przeciw Polsce! 'Zaraz' krzyczałam 'to nie tak, jestem sama'. Kiedy wszyscy popadali jak muchy, ja skakałam niczym dziki zając dookoła i kręcąc się w kółko, ciesząc się padającymi płatkami. Nikt nie może pojąć skąd mój brak poczucia zimna i hiperaktywność. Otworzyłam drzwi mieszkania, rzuciłam torebkę, wzięłam aparat i poszłam zrobić kilka zdjęć na szybko. Mało z tego wyszło, bo ciągle sypał śnieg. Efekty poniżej.
Zaskoczony zimą kinkan, bijący złotem pośród nocy.
Brama mojej uczelni wygląda tak złowieszczo tylko śnieżną nocą.
sobota, 05 lutego 2011
Japońskie obrony mgr
Szał zaczyna się tak naprawdę na około 2 tygodnie przed wielkim atakiem, kiedy ukończone dyplomy zostają oficjalnie podstemplowane i zaakceptowane. Zostają odłożone na półkę czekając, a najbardziej zainteresowani tworzą prezentacje. To co mi się w tym systemie podoba, to jedna jedyna kopia dyplomu w standardowej okładce do kupienia na terenie uczelni za kilka złotych. Oczywiście okładka do kupienia, a nie kopia. Niedługo po tym pojawia się oficjalna lista godzin obron. Wtedy należy streszczenia prac osób broniących się z danego laboratorium spiąć w jedność i razem z planem obron zanieść wszystkim profesorom, doktorom wydziału, którzy pojawią się na obronie, a jest ich u nas dwudziestu jeden. Stres kumuluje się na kilka dni przed samą obroną kiedy nastaje dzień pierwszej próbnej prezentacji. Po kilku godzinach czwórka dzielnych gości wchodzi do laboratorium totalnie wypruta, jak po fizycznej walce na kije. Następnego dnia jest kolejna próbna prezentacje, tym razem nieco krótsza (3, a nie 4 godziny), bo zostały wniesione poprawki. Wszyscy obecni (profesor, doktoranci i czasem ktoś jeszcze się przypałęta) może doradzać, a że każdy ma inny gust można sobie wyobrazić co się dzieje. Kolejna nie do końca wygrana bitwa. Dziś przed wydarzeniem jeszcze jedna próba, którą daje się zamknąć w jeszcze krótszym czasie, a miny są zdecydowanie bardziej zadowolone. W sądny dzień na sali jest nasze całe laboratorium (20 osób wliczając broniącą się czwórkę), profesor i cała reszta profesorów wydziałowych. Każdy może oczywiście zadać pytanie na koniec. Przedstawienie uczestnika, tematu, start, 10 minut, pierwszy dzwonek, 12 minut, drugi dzwonek, delikwent przestaje mówić, niezależnie od tego czy udało mu się skończyć czy nie. Następuje seria ostrzału ze strony sali i odpierania ataku z drugiej. 20 minut, trzeci dzwonek i każdy kto jeszcze ma pytania może je napisać na kartce, a dana osoba odpowie w najbliższych dniach, też pisemnie. Ta batalia zdecydowanie zalicza się wygranych. Co więcej, nasza grupa wypadła lepiej niż inne, więc jestem podwójnie dumna. Jako, że uczestniczyłam w procesie tworzenia prezentacji i oceny przed-obronnej nie wiem kto był bardziej zestresowany. Oni w amoku, rzucający na talerz całe swoje 2 lata przygotowań, czy ja, obserwująca zegarek i miny słuchających. Chyba na mojej obronie aż tak się nie przejmowałam. Godzina dwadzieścia. Koniec. Za niecałe dwa miesiące koniec semestru, chłopaki zaczną pracę. Do tego czasu kończą pracę w lab i piszą jeszcze jakieś artykuły. A teraz czas na zasłużone oblewanie. Pozdrawiam siedząc już na krawędzi krzesła, w płaszczu i z rękawiczkami na kolanach. Izakaya czeka.
wtorek, 25 stycznia 2011
Sezon na mikan
Oj... rzeczywiście długo mnie nie było. Jestem. Naprawdę dużo się działo i brakło mi rąk, żeby jeszcze bloga uzupełnić, ale widzę, że z tymi wakacjami to przesadziłam. W Japonii (jak wszędzie na świecie) minionego lata było nieco więcej słońca niż każdy sobie tego życzył wiosną. Zaowocowało to w mikan, czyli mandarynki. Wszędzi jest ich dużo i są bardzo słodkie. Podpieram się opinią znajomych, bo całej Japonii za mandarynkami nie zjeździłam. Z tej okazji dostaliśmy w prezencie 10kg tych soczystych pyszności od mamy jednego z kolegów. Zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Moje mieszkanie przypomina już miejsce w którym da się żyć. Nabyłam łóżko, lodówkę, szafkę na szpargały, firanki, stojak na pranie, a nawet pralkę. I właśnie o tej pralce chcę dziś się wyżalić. W sobotę czekałam na nią od 10:30 do 12:30, jak ja nie lubię jak ktoś się tyle spóźnia. Ale nic to, w trakcie montażu okazało się, że kran doprowadzający wodę do pralki (ten w ścianie) przecieka, trzeba było wymienić uszczelkę, gdzieś w jego wnętrznościach. Więc mimo ogromniej radości prania zrobić nie mogłam. Także w poniedziałek przyszłam ubrana na leniaka, tylko ze sweterkiem ażurowym, bo moja cała garderoba czeka od niepamiętnego czasu w brudach. Ale około południa tego samego dnia właściciel wymienił mi cały kran! I wtedy zobaczyłam, jak bardzo mylili się ci wszyscy, którzy stwierdzili, że mogłam to naprawić sama. Potrzebowałam tylko: wypasione szczypce, uszczelki w ścianę i nowy kran. Jasne. W końcu jestem kobieta pracująca, dam radę. Nie mniej jednak myślałam sobie, że jak tylko wrócę, to zaciągnę jakiegoś kolegę do przeczytania o co w tej pralce chodzi, bo rozumiem tylko znaczki pranie, pranie nocne, ilość wody, pranie butów i jeszcze kilku się domyślam, ale pozostaje 8 opcji i kilka kontrolek. Nie myślcie, że jestem leniwa, szukałam dziś tego w słowniku, ale nie było. To pewnie skróty, a niestety nie wiem jakie są pełne ich formy. Koniec końcó nikogo nie poprosiłam o pomoc. Wkurzona na całą sytuację powiedziałam sobie, że kto jak kto, ale ja na pewno sobie poradzę, na pewno opcja która włącza się pierwsza musi być standardowa, więc jeszcze tylko ilość wody i działa. I tak też się stało. Czekałam tylko aż do końca procesu nalewania wody, jakbym coś niefortunnie przedobrzyła. Ale niestety okazało się, że pralka coś sobie wyprała i oznajmiła mi, że to koniec na dziś... pełna wody, ubrań i proszku do prania. Fail. Ok. Nie ma co się załamywać, kolejna kontrolka musi oznaczać wirowanie itp. I tak też się stało... tyko było to dla mnie dziwne, nagle ta jędza spóśliła całe 40 litrów i prała sobie... bez wody. Więc wyłączyłam ją i włączyłam jeszcze raz z proszkiem, tym razem upewniając się, że wszystkie trzy kontrolki świącą. Akcja prawie się udała, prawie, bo jak chciałam wyciągnąć ubrania do wysuszenia, to okazało się, że ociekają wodą. Nie byłam pewna co z dodatkowym odwirowaniem, więc ze spuszczoną głową zawlokłam się na uczelnię. Profesor właśnie wyjeżdżał, więc poprosiłam go, żeby mi doradził. Zajrzał, pomyślał, doradził. Tylko, że po 20 minutach moje pranie jak wyglądało wcześniej, tak też wyglądało po dodatkowym odwirowaniu. Wzięłam więc się za instrukcję (jak już wszystko inne zawiedzie, to można zajrzeć do intrukcji), gdzie między wierszami wyłuskałam, jaką opcję włączyć na cięższe pranie. I ta nie pomogła przy wirowaniu... które w porównaniu do polskich pralek nie istnieje w tym modelu. Położyłam kilka rzeczy na grzejniku, wycisnęłam sweter i trochę bielizny. Możecie sobie tylko wyobrazić moją wściekłość jak wstałam rano, a wszystko było idealnie mokre. Nawet nie wilgotne... mokre. Wyszłam więc zostawiając wszystko tak mokre w pralce jak było. Zobaczymy co mi odpisze ów osoba, od której kupiłam to dzieło sztuki. Na koniec tego zrzędzenia widok na główną część mojej uczeli. Oto jak wygląda zima w tym roku w Fuchinobe.
sobota, 20 listopada 2010
Kampus Aoyamy
Obrazkowo zamiast słownie, bo to zazwsze przemawia bardziej. Kilka zdjęć AGU (Aoyama Gakuin University, o którym pisałam wcześniej) kampusu Sagamihara, który liczy sobie zaledwie prawie dekadę. Wszystkie zrobione z wyższych pięter mojegu budynku, więc oczywiście brakuje wejścia i części głównej, ale to z czasem.
środa, 06 października 2010
czwartek, 30 września 2010
W biegu na spalanie
Jest jeszcze za wcześnie na pisanie, ale coby nie wiało pesymizmem niewielka fotka mojego kampusu ze strony. Tak wyglądał zanim jeszcze zaczęło padać :) A teraz mykam na pierwsze zajęcia ze spalania. W tym semestrze też postanowiłam zrobić jeden przedmiot. Uzupełnię braki i naprawdę mam ochotę chodzić na wykłady. Prowadzi jej mój profesor, więc tym bardziej jestem ciekawa jak będą one wyglądały. Jego pomysłem jest prowadzenie ich po angielsku z czego bardzo się cieszę, ale nie sądzę, aby reszta była tak samo zadowolona jak ja.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Jak świat długi i szeroki
Okiem obiektywu
Różności
Więcej o Japonii
|