Wpisy z tagiem: umeshu
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Domowe umeshu
Wśród setek przepisów wybrałam w sumie taki, który pozwolił mi na zużycie wszystkiego co miałam pod ręką. 1 kg śliwek wymoczonych 2 godziny w wodzie. Trzeba je dobrze umyć, wysuszyć i delikatnie (najlepiej wykałaczką) wydłubać szypułki. Po wodnej kąpieli cześć z nich odpada wrącz sama. Potrzebne też jest 1 kg cukru w krysztale. Powinnam dodać nieco mniej, ale że zalałam całość nieco większą ilością alkoholu niż przewiduje ustawa postanowiłam nieco osłodzić i przy okazji pozbyć się całego woreczka. Po ułożeniu kolorowych warstw w czterolitrowym słoju czas podlać alkoholem. Ten tutaj ma 35%. Poszło 1.95 litra :) Końcówkę zostawiłam sobie na robienie pączków w przyszłości. A teraz nic tyko czekać. Czekać i czekać. Schowane przed słońcem będzie sobie dojrzewać. Podobno po trzech miesiącach już można łyknąć, ale poczekam znacznie dłużej. Może rok.
wtorek, 28 września 2010
Telepatyczne zwoływanie potrzeb
Jadąc na uczelnię myślałam o tym co dziś napiszę, bo długo nie uzupełniałam wiadomości z kraju wiśni. I co? Pierwsza rzecz jaką przeczytałam po otworzeniu poczty było: 'zaniedbałaś blog'. Wiem, wiem, ale naprawiam. Przedwczoraj w nocy potrzęsło nami nieznacznie, podobno w okolicy 4.8 w skali Richtera. Obudziło mnie uczucie niepewności i wtedy poczułam mały wstrząs. Jak potem zrozumiałam był to drugi wstrząs, bo to nie uczucie mnie obudziło, a pierwszy wstrząs. A tak na marginesie to w Tokyo się rozpadało od kilku dni i jest całkiem przyjemnie, bo powietrze pachnie świeżością. Wczoraj po nieco wcześniejszym powrocie do domu miałam ochotę przejść się po deszczu. Zbiegiem okoliczności Antoine zaproponował obiad w okolicach stacji, co by nie zgnić w domu. Odkryte miejsce przy stacji Seijo jest utrzymane w ciekawym japońskim stylu, pachnie w nim przyjaźnią a przy każdym kęsie mam ochotę oddawać hołd kucharzowi. Podają też sok ze śliwek, tak smaczny jak u babci (choć polskie babcie z japońskich śliwek soku nie robią). Byłam tam zaledwie drugi raz, ale przywitano mnie jakbym jadała tam codziennie. Trudno zignorować blond czuprynę w tym kraju. Wielki szef kuchni pochwalił się nam, że został dziadkiem po raz pierwszy. Kelner pospieszył więc do nas z telefonem pokazując śliczne maleństwo i tłumacząc, że wczoraj urodziła mu się córeczka. Plan był inny, ale z tej okazji zamówiłam umeshu. Po chwili do naszego stołu dosiadł się starszy pan, przyjaciel kucharza. Siłą rzeczy zauważył, że mówimy po angielsku, więc dołączył do dyskusji. Jego angielski był bardzo niejapoński. Zapytałam się, gdzie nauczył się mówić takim ładnym akcentem. - Urodziłem się w Anglii, wróciłem do Japonii, ale uczelnię wyższą skończyłam w Stanach. - A czym pan się teraz zajmuje? - Uczę studentów zagranicznych japońskiego. - Ooo. Ja właśnie szukałam kogoś takiego, żeby podszkolić mój japoński. Kolega podał mi numer do swojego nauczyciela wczoraj, ale jeszcze nie zadzwoniłam, pewnie jutro to zrobię(sprostowanie: na terenie naszego akademika działa SIFA, grupa starszy osób, które są wolontariuszami i pomagają nam w różnego rodzaju sprawach codziennych). - Uczę w akademiku międzynarodowym. - My tam mieszkamy (!) - Nazywam się Nishimura... - Mam Pana numer!!! Jeśli obejrzałabym to w filmie powiedziałabym z ironią: Jasne! Na pewno się tak spotkali. Ale spotkali się. Pan Nishimura ma 84 lata i oprócz tego, że jest wolontariuszem wśród studentów daje koncerty muzyki poważnej razem z 'niczego sobie' orkiestrą oraz udziela się w mniejszej grupie, śpiewającej stare pieśni folkowe. Jest bardzo żywotnym człowiekiem i pewnie jego dusza nawet nie zdaje sobie sprawy ile lat ma ciało. Z kucharzem dzieli ich 24 lata, ale skończyli są samą szkołę średnią i obydwoje grali bardzo długo w rugby. Jak się można domyślić kucharz nie ma 108 lat tylko o60 :) Byliśmy ostatnimi klientami, więc kucharz (na którego niemal wszyscy klienci mówią Papa - po jap. tato) przyszedł do nas i włączył się do dyskusji (po japońsku) opowiadając swoją wycieczkę po Niemczech, Polsce i wtedy jeszcze Czechosłowacji sprzed 25 lat. Moja pierwsza lekcja japońskiego, na razie organizacyjna już jutro rano. Przy okazji trzymam kciuki za siatkarzy i liczę na mistrzostrzwo :)
czwartek, 03 czerwca 2010
Nowości techniczne z Okinawy
Wczoraj miałam okazję poznać Martynę, która była na zasłużonych wakacjach mimo to pracując w a’la wolontariacie. Zatrzymała się u pewnego CouchSurfingowca, który okazał się mało przyjazny dla otoczenia. Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi polecam lekturę CouchSurfingu. Sama zjechałam kawałek świata nie płacąc za noclegi, spędzając czas z tubylcami. Taka jest właśnie idea naszej surfującej społeczności. Niestety ów człowiek, który ma jeszcze czelność nazywać się Japończykiem, nie pasuje ani do wirtualnej ani do obecnej rzeczywistości. Nie powinnam komentować czegoś co mnie nie spotkało, ale najchętniej wzięłabym sprawy w swoje ręce. Martyna jest sympatyczną weganką przez co zjadła tylko wakame* z tofu. Teraz nie dam głowy, czy to przodkiem nie była jakaś inna zielona roślnika, bo byłam tak wygłodniała, że dosłownie wciągnęlam wszystko. Zachwyciła się elektronicznym kelnerem (o którym jeszcze nie pisałam, ale napiszę w następnym poście) oraz umeshu, które bardzo jej posmakowało. Świadczyły o tym chociażby kolejne zamawiane porcje. Martyna wraca za dwa tygodnie do Tokyo i tym razem spotykamy się w naszym akademiku. Powód porzucenia barowego klimatu jest bardzo prozaiczny, musi poznać wszechmocnego Raj’a. Rajdeep to osobny temat rzeka i na pewno poświęcę mu więcej miejsca na blogu, a idealnym powodem będzie właśnie indyjski obiad z Martyną. Najszczęśliwszy wczoraj był chyba Rahul, że mógł poznać kolejną Polkę, bo jak twierdzi w jego żyłach (z niewyjaśnionych dotąd przyczyn) płynie polska krew. Dołączył do nas jeszcze Hiroaki z dwoma kolegami. Finem Youko i Danem z Okinawy. O ile Youko może uchodzić za Japończyka jak dla mnie, co do Dana mieliśmy pewne wątpliwości. Przyznał się bowiem, że komputer nie jest jego mocną stroną, nie miał pojęcia o Facebook’u i nie lubi pisać maili, bo za wolno mu to idzie. Trzy rzeczy, z którymi tutaj ludzie się nie rozstają. No, może o Facebook’u to za dużo powiedziane, ale przynajmniej wiedzą o co chodzi. Poza tymi szczegółami jest bardzo sympatycznym człowieczkiem, który uwielbia rock. Youko był natomiast zdziwiony, że znam fińskie miasta i mam przejrzysty obraz tego, co chciałabym zobaczyć w Finlandii. Przyzwyczaił się, że w Japonii kulturalnie jest się wszystkim zachwycać, więc każdy napotkany Japończyk chce pojechać do pięknego kraju mlekiem i miodem płynącego, jakim jest Finlandia tylko nie bardzo ma pojęcie co by tam miał robić. *wakame – rodzaj wodorostów, podawany często jako przystawka w barach
wtorek, 25 maja 2010
Co powiesz na sake?
To usłyszałam wczoraj w pociągu w drodze do domu po odebraniu telefonu. Szybka analiza sytuacji, było już późno, więc czemu nie, bary i tak są zamykane zazwyczaj tak, aby ludzie mogli zdążyć na ostatni pociąg do domu. Minęłam więc Seijogakuen-mae o pojechałam do Shinjuku. Antoine już miał miejscówkę przy barze. Pożartowaliśmy sobie z barmanami, z Japonką która siedziała obok. Jeden z barmanów ku mojemu zdziwieniu zaczął wymieniać nazwiska polskich piłkarzy, gdy dowiedział się, że jestem z Polski. Pojawił się nieśmiertelny Boniek, Lato i trzy inne, ale nie mogłam zrozumieć o kogo chodzi. A my nawet nie jedziemy na Mundial. Wstydźcie się chłopaki. Trzeba się ruszać i trenować. Ot sekret zwycięstwa. Wypiłam dwie ciepłe sake, umeshu i pół piwa. Piwa, bo Antoine był kolejną osobą w moim życiu która nie dała się przekonać, że nie lubię piwa. Muszę przyznać że miało lżejszy smak niż wszystkie polskie, słowackie, czeskie, kanadyjskie, czy szwedzkie, które przyszło mi w życiu próbować. Ale ciągle to piwo, ciągle ma ten sam chmielowy smak. Dostałam okrzyki radości i podziwu na widok szybko znikającej sake. W końcu spałam w nocy snem kamiennym i nawet lodówka nie była w stanie tego przerwać.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Shiomi i latające komputery
Za mną pracowity weekend. A piątek impreza kuchenna z rodzinką (miałam wrzucić zdjęcia, ale coś poszło mi tak, więc będą wieczorem), w sobotę w lab do 19, potem gotowałam polski obiad dla rodziny Hayashich (mielone były hitem), w niedzielę spotkanie z Przemkiem a wieczorem obiadek z rodziną Shiomi, u których mieszkałam poprzednio przez 4 miesiące. Mieliśmy unikalny mix japońskiego i angielskiego. Wczoraj biegłam jak zawsze z komputerem do lobby z wijącymi się kablami i słuchawkami na szyi. Zajrzałam do kuchni, minuta rozmowy i pognałam dalej. Nie zwróciłam tylko uwagi na jeden szczegół, że kabel zasilający zahaczył o klamkę. Próbując zrobić drugi krok w biegu zobaczyłam kątem ona jak spod mojego lewego ramienia nagle komputer zaczyna szybkować i uderza z całym impetem o podłogę. Polecam Toshiby. Obudowa nieco ucierpiała na rogach z przodu, ale wszystko działa jak powinnno :) Brishti, Giom i Nicolas wybiegli z kuchni, ale zdążyłam już pozbierać resztki obudowy i pobiec dalej. W piątek zrobiliśmy rodzinny obiad. Miała być rodzinka bez Antoina. Jednak okazało się, że dołączył do nas Giom z Francji. Wygląda na to, że adoptowaliśmy go. Potem nagle wbiegł Antione z jakąś Japonką i równie szybko wybiegł. Za kilka minut wrócił do nas już sam. Trzeba było widzieć nasze miny gdy wybiegał. Zapadła konsternacja i wszystkim szczeny opadły do kolan. Nauczyłam się kilku zwrotów po francusku i sprawdzałam czy chłopaki mogą mnie zrozumieć. Zrozumieli! Co więcej Nicolas sprawdzał czy potrafię wszystko napisać i chyba cała trójka była zaskoczona :) Rahul nauczył się: spada, wpadaj, spadam. A na koniec uczyłam wszystkich polskich toastów, bo okazało się że chłopaki kupili umeshu (wino śliwkowe). I tak obiad przekształcił się w imprezę. Nicolas spytał czy mamy może alkohol w formie stałej w Polsce. To miał być żart, ale z pełną powagą odpowiedziałam: Nie, tylko lody ajerkoniakowe :P Antione nazwał mnie babuszką po tym, jak nie pozwoliłam mu jeść samego ryżu na obiad. Do babuszki jednak trochę mi brakuje, więc przechrzczono mnie na mamuśkę. Rahulowi tak się to spodobało, że teraz ciągle mówi: jaka matka taki syn, gdy powiedzmy coś jednomyślnie. Chaotyczny opis? Idealnie, więc oddaje klimat sobotniego spotkania :) |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Jak świat długi i szeroki
Okiem obiektywu
Różności
Więcej o Japonii
|