Wpisy z tagiem: Shibuya

czwartek, 22 września 2011
Po utylizacji, tajfunie i umeshu

Tajfun nie taka prosta sprawa. Pociągi stoją, pada, wieje... tak gdzie się jest, tam jest się uwięzionym na jakiś czas. W moim przypadku była to uczelnia.

Choć zanim uderzyło w nas serce nr 15 uczelnia postanowiła, że utylizacja, zaplanowana pewnie już dawno temu, musi się odbyć. Przyjechał więc pan do naszego lab i w kilka osób pozbywaliśmy się starych, dwumetrowych manometrów. Wylewnie rtęci, łamanie szkła itd. W sumie to tylko podawaliśmy, a sprytny pan wszystko robił. Mieliśmy nawet uśmiechniętą panią z administracji, która biła brawo co jakiś czas podekscytowana.

Kwadratowy samochodzik utylizujący zwinął się w ostatniej chwili, ale kolega niestety stracił możliwość, bo pociągi zatrzymano. Przeczekaliśmy całkiem mocne uderzenie (z rana zupełnie się tego nie spodziewałam) i w przypływie radości zaprosiłam wszystkich (całe dwie osoby) na obiad.  Jak wyszliśmy chodniki wyglądały jakby ktoś na nich liście hodował, a w powietrzu unosił się zapach soków z połamanych gałęzi. Przeciągnięty obiad skończył się o 3:30 nad ranem podlewany umeshu.

A takie kruczki można było zobaczyć w Shibuya (zdjęcia Marek).

Jakby ktoś reflektował to jeszcze filmik z wiadomości FNN.

06:30, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Yuji od map

Jakieś dwa lata temu poznałam Japończyka, który przemierzał Europę na rowerze. Dałam mu dach nad głową przed jedną noc, ale był to tylko szybki przejazd przez Polskę. Yuji trafił na prawdziwą polską jesień (deszcz, deszcz ze śniegiem, wiatr, zimno jak w Japonii zimą). Przy okazji był już trochę wymęczony pedałowaniem, bo kiedy dotarł do stolicy spędził już dwa lub trzy miesiące na siodełku. Tydzień później znalazł się w Finlandii i został tam miesiąc odpoczywając i planując dalszą część przeprawy przez stary kontynent.

Spotkałam go w miniony weekend i chyba zrozumiałe, że zareagowałam niemalże krzycząc w jego stronę: Kakkoi!! (w tłumaczeniu: dobrze wyglądający, stylowy, cool). Na co odpowiedział gromkim śmiechem. Mało tego, że go prawie nie poznałam (dobrze, że ciągle nosi okulary), ale widziałam go drugi raz w życiu, w tym pierwszy bez roweru, ogromnego plecaka, bez butów traperskich i bez wszechobecnego błota. Wybraliśmy się na curry z gigantycznym naan'em.

Pierwsze, podstawowe pytanie: Gdzie mieszkasz Yuji? A on długo się nie zastanawiając podniósł walizkę i wyjął z niej prawie zupełnie zużyty mini atlas Tokyo (mini to tylko okładka, bo miał grubość 1,5 cm). Trochę mnie zamurowało, więc mu mówię z łyżką w jednej ręce, palcami drugiej zanurzonymi w curry i niedojedzonym naan'em w ustach, że pierwszy raz widzę kogoś z mapą Tokyo przy sobie... takim atlasem... Japończyka z papierowymi mapami. Znów gromki śmiech radości. Wtedy zorientowałam się jak wyglądam i szybko przełknęłam. Zaczęła się gromka dyskusja nad miastem, kto gdzie mieszkał, że on to jest rodowitym Tokijczykiem i trwało to dobre kilka chwil, kartkując strony w tą i z powrotem. Kiedy rozmowa zeszła na temat jego dziewięciomiesięcznej podróży po Europie, szokując mnie jeszcze bardziej wyjął mapę świata, taki bardziej skromy w objętość atlas, ale identycznie zużyty. Ta dyskusja niemal nie miała końca. Kto gdzie był, gdzie chce pojechać, kartowanie, Japonia, kartkowanie, Tanzania, kartkowanie, biegun itd. Yuji tak po prostu lubi mieć mapę przy sobie. Spotkanie bardzo się udało. Pozytywnie zakręcony człowiek, który zupełnie poważnie stwierdził na koniec: Teraz potrzebuję trzy lata przerwy, bo muszę nazbierać pieniądze na kolejną podróż. I tym samym kończy stosunki międzynarodowe, a od kwietnia zaczyna pracę jako... nauczyciel klas początkowych (takich 1-3 u nas), bo lubi dzieci. Oto przykład Japończyka odbiegającego od lokalnych standardów.

A na zakończenie Aniołek, który wykrzykiwał jakieś hasła reklamowe w Shibuya.

Japan
Poland