Wpisy z tagiem: rower
środa, 18 maja 2011
Potrzeba matką wynalazku
Gotowanie makaronu w pojemniku plastikowym w mikrofali? Proszę bardzo. Nie tylko polscy studenci mają pomysły. Na moją zdziwioną minę słyszę od innego kolegi, że to przecież normalne. Tak się gotuje w gronie studenckim i jest smacznie. Hmmm No nie wiem co jest w tym makaronie oprócz mąki, ale rzeczywiście się ugotował w znikomej ilości wody, nie posklejał i nie był nawet twardawy. Dziękuję, postoję. Jakoś nie mam przekonania do takich metod.
A na deser film grozy. Gwoli wyjaśnienia prawo jazdy kat B mam od chwili, gdy tylko prawo mi na to pozwoliło. Prowadziłam rożne samochody, w tym jeden z przyczepką z szybowcem. Jeździłam w Polsce, jeździłam w Kanadzie. Standard, automat. Szeroko, wąsko, wolno, szybko... nigdy nie zarysowałam samochodu. A tymczasem w tym kraju miałam już dwa wypadki rowerowe. Ostatni wczoraj! Jakaś starsza pani zasłonięta szczelnie parasolką postanowiła sobie nagle przejść na drugą stronę ulicy poza pasami. Moje okrzyki i zgrzyt hamulców nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Jasne, po co się oglądać w bok. W kraju, gdzie ludzie gnają na rowerach z parasolkami po chodnikach nie ma przecież potrzeby. Wszędzie są tacy, którzy zapominają użyć wyobraźni. Sprytnie ominęłam ją łukiem wjeżdżając na ulicę i kończąc trasę na barierce. Brawo. 10 punktów dla pani z parasolką w kwiatki, która na do widzenia powiedziała: 'Teraz bardziej uważaj'. Jasne! Następnym razem wjadę w obiekt, który nagle wskakuje mi pod koła. Proszę tylko nie zganiać na Bogu ducha winny balans, bo inne sporty, jak surfing, nie stanowią dla mnie problemu. Wszystko jest w porządku na szczęście. Piszczel zmieni kolor za jakiś czas, kolano się zagoi, koszyk w rowerze już wyklepany, światełko całe, parasolka pewnie marzy o gipsie, ale może jeszcze uda mi się jej użyć ze dwa razy póki nie trafi do śmieci. Szkoda mi tylko butów, bo ciężko mi tutaj dostać odpowiedni rozmiar. Nic to. W nagrodę za przeżycie kupiłam sobie lody. Prowadźcie i się bezpiecznie :)
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Opanowany jak Japończyk
Głowiłam się nad tym pytaniem kilka dni. Nie jestem jednak w stanie wygrzebać rozsądnych przykładów po zaledwie rocznym pobycie. Czy Japończykom puszczają nerwy? Na pewno! Tylko kiedy? Raz zostałam pchnięta przez niecierpliwego salarymana w porannych pociągu. Raz, bo ogólnie brnącego tłumu, w który się raczej jest niesionym nie liczę. Nie wiem też czy zrobił to celowo, ale z mojego punktu widzenia tak to wyglądało. Jedyny rozsądny przykład to jeden spalony słońcem tubylec, który naskoczył na mnie 'zabierając' falę na surfingu. Pełen oburzenia, że powinnam surfować w innym miejscu, bo nie jestem tak dobra, żeby być tutaj. Po czym obdarzona zostałam uśmieszkami pewnej pani na desce. Twierdząc, że ten gość jest najzwyczajniej narwany i żebym się nie przejmowała. Z moją naturą nawet nie miałam zamiaru się nim przejmować. W domu czasem puszczają im nerwy, tego byłam świadkiem, ale wiadomo jak to jest. Na linii ognia dziecko-rodzic często puszczają nerwy. Raz też widziałam biedną mamę, która ze wszystkich sił starała się ujarzmić twojego kilkuletniego terrorystę w sklepie. Jednak poza tymi szczegółami uważam ich za bardzo opanowanych ludzi. Z jakiegoś powodu nie wypada im pokazywać emocji. Czy to honor? Czy to duch samuraja mieszka w każdym w nich? Przecież nawet proste 'nie' zastępują często 'chotto' (trochę...), co oznacza 'nie', a ma pewnie znaczyć 'tym razem jest mi to nie na rękę'. Czy Japończycy aż tak dbają o uczucia drugiego człowieka? Moi koledzy często dbają, a jak tylko mnie zaakceptowali jako... kumpla (bo chyba inaczej tego nazwać nie można) stali się bardzo bezpośredni i niektórzy aż do bólu się zapominają. Ale nigdy nie widziałam ich zdenerwowanych, a jeśli już, to był to raczej jednorazowy wyraz niezadowolenia i lekkie jęknięcie na koniec. Jeśli ktoś z was zastanawia się, czemu nie piszę o koleżankach, to ja najzwyczajniej nie mam ich skąd wziąć. Na całym piętrze razem z panią sekretarką tworzę zastęp żeński. Jak na mój gust, to jeden z najbardziej opanowanych narodów z jakim przyszło mi dzielić przestrzeń, choć czasem mam ochotę żeby ich poniosło. Niekoniecznie złością. W sobotę zrobiło się niezwykle wiosennie i postanowiłam przyprowadzić swój rower z akademika. Dwie i pół godziny wciśnięta w siodełko, w tym godzina po ciemku, po części nad brzegiem lokalnej rzeczki. Gdy już widziałam tylko światełko własnego roweru i latarnie z równoległej drogi napatoczył się lokalny gang. Wyglądało, że nie zwrócili nawet na mnie uwagi, ale jako samotna rowerzystka skręciłam na oświetloną, choć dłuższą trasę. Upewniłam się czy jadę w dobrą stronę trzech opalonych blond nastolatków, którzy na pożegnanie wyznali mi miłość. Kilka razy zadawałam sobie oczywiście pytanie: czy na pewno Bóg mnie nie opuścił jak podejmowałam decyzję. Czasem dzięki chodnikowym spadom podskakiwałam na siodełku, aż miałam ochotę zjechać na drogę, ale tam kłębiło się od samochodów. Chciałabym powiedzieć tutaj: nigdy więcej, co ja sobie myślałam. Ale muszę przyznać, że mijało by się to z prawdą. Nie stanę się nagle fanką wypadów rowerowych, ale przynajmniej brak zakwasów sprawia, że jest szansa na podjęcie podobnego wyzwania kiedyś... kiedyś.
Poniżej rzeka Tama.


sobota, 03 kwietnia 2010
Biznes klasa
Zawsze nurtowało mnie pytanie czym tak naprawdę różni się klasa biznes od ekonomicznej oprócz ceny i miejsca na łokcie. Jako kino-maniaka prawda ubodła mnie dziś faktem, że gdy my oglądaliśmy ‘Absolwentkę’ czując (dosłownie i w przenośni) własne nogi oni delektowali się Avatarem. Chyba nigdy nie pojmę dlaczego rząd płaci 20000 zł za bilet klasy ekonomicznej, umieszczając nas w przedostatnim możliwym rzędzie, tak bardzo w środku, że nawet głupio wyjść, bo ciągle trzeba kogoś przepraszać, a kilkanaście osób za niższą cenę śpi właśnie w pozycji do tego wskazanej.
Niemniej jednak nic nie dzieje się bez powodu. Film dał mi trochę do myślenia. Dziadek zawsze kazał słuchać nawet głupca bo i on ma czasem coś mądrego do powiedzenia. I właśnie kiedy spisywałam jego fabułę na straty okazało się, że jest coś specjalnie dla mnie. Może ktoś z was maczał w tym palce? Pewnie Kamila knuje plan B akcji ‘Szybki powrót po Polski’ ;) Buziaki Mila!
Na koniec kilka zdjęć. Głupio mi było robić foty jedzenia w ‘pięknym’ B747-400 kiedy już zdążyłam się pochwalić sąsiednim Japończykom, że to nie pierwsza moja wizyta w Japonii. Mam za to udokumentowany najpopularniejszy środek transportu na lotnisku we Frankfurcie i widok z okna przy bramce B28 terminalu 1 :P
p.s. Następnym razem wsiadam w A340 – sprawdzony ostatnio.

Zamieszanie na lotnisku. Zapomniałabym. Siedzimy sobie z najlepsze z koleżanką i kolegą czekając na otwarcie bramek, kiedy do naszych uszu doleciał komunikat o zbyt dużej ilości sprzedanych biletów na ten lot. Szukali chętnych, którzy chcą polecieć w innym terminie oczywiście za pewnym zadośćuczynieniem. Opóźniło to nas o 15 min. Kolejne 20 min dodał nam bagaż w luku kogoś, kto z nami nie leci. Tak, to była Lufthansa w idealnych Niemczech. A myślałam, że takie rzeczy to wszędzie tylko nie u nich.
|
Zakładki:
Jak świat długi i szeroki
Okiem obiektywu
Różności
Więcej o Japonii
|