W drodze na uczelnię byłam świadkiem ciekawego pościgu za (bodajże) opryszkiem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że wszyscy z wyjątkiem uciekającego byli jakby zadowoleni. Pierwsze co zauważyłam to dwóch policjantów stojących kilka metrów przede mną po lewej stronie. Nagle przed tłum przedarł się człowiek dzierżący jakby torbę szkolną przyciśniętą mocno do piersi. Minę miał wymownie przerażoną, a oczy otworzyły mu się do granic możliwości. Niemalże łeb w łeb po jego prawej stronie, prawie chwytając go za ramię biegł policjant z równie wymownym uśmiechem na twarzy. Może nie zwróciłabym uwagi na jego uśmiech, gdyby nie drugi policjant równie zadowolony biegnący jakieś 3 metry dalej. A za nim dwie panie pośpiesznie truchtające bardzo kobiecym krokiem... tak, uśmiechnięte. Nie wiem kompletnie co się stało, kim byli ci ludzie, ale widząc ich uśmiechy nawet mnie to rozbawiło. Teraz pewnie delikwent spowiada się minuta po minucie ze swojego życiorysu, bo należy wiedzieć, że policja tutaj jest niezwykle przesympatyczna, uprzejma i pomocna, do czasu gdy przekraczamy granice prawa. Wtedy nie dyskutują tylko zatrzymują na pewien nieokreślony czas.
A tak wyglądała cała sytuacja:
