Wpisy z tagiem: Shisa

piątek, 02 grudnia 2011
Porcelanowe uliczki Nahy

Japonia docenia wszystko co ręcznie robione. Poprzez serwetki, naczynia, aż po słodycze. A jeśli już gdzieś kupować naczynia to właśnie na Okinawie. W niewielkiej uliczce odchodzącej od głośnej Kokusai-dori w Naha, zostawiając sklepy z pamiątkami za plecami odkryliśmy wąskie, kręte uliczki, w których pachnące starą Japonią sklepy z naczyniami wyrastają jeden po drugim, jak grzyby po deszczu a ich póki uginają się pod ilością talerzyków, kubeczków i innych ręcznych wyrobów. Oczywiście nie brakuje w tym wszystkim shisa w każdym rozmiarze i kolorze.

Po zostawieniu worka kasy dla pań, które w sumie nie przejmują się klientem aż tak, jak w sklepach z typowymi pamiątkami, można wrócić na bazar i zajrzeć do jedynego w swoim rodzaju sklepu z przetworami.

Można tu kupić zupy miso o różnych smakach, sosy, dżemy z goya (bardzo, bardzo kwaśnego melona, który wygląda jak ogórek) czy smażony czosnek z przyprawami przeciśnięty przez praskę. W taki właśnie się zaopatrzyłam. Nadaje się do wszystkiego, gdy tylko ruszymy nieco wyobraźnią. Na Okinawie można szamnąć jajecznicę z goyą, która traci swój kwaśny smak (nie w całości oczywiście), makaronu z dodatkiem atramentu kałamarnicy (jest czarny i ginie na zdjęciu pod nori), szkieletu ryby smażonego na głębokim oleju czy winogronu morskiego w sałatce (umibudo).

A jeśli ciągle mamy za mało spożywczych wrażeń polecam zajrzeć do automatu z napojami, bo kraj ten sam, ale lokalny produkt zawsze górą.

Automat jak automat. Zaschło mi gardle, podchodzę, grzebię w poszukiwaniu monet i przyklejam nos do szyby ze zdziwienia, bo wśród inaczej niż w Tokyo wyglądających butelek i puszek, zaraz nad sanpinchą (zbożową herbatą, która zmieniła swoją nazwę coby się pewnie lepiej sprzedawać) stoi sobie i świeci po oczach pomarańczem, sok ze shekwasha (zielonego niczym limonka cytrusa) o wdzięcznej nazwie Oishiisaa łącząc w sobie 'smaczne' i 'shisa'.

Jak to zwykle bywa: Jeden kraj, a każdy zakątek kryje w sobie coś unikalnego. 

środa, 23 listopada 2011
Zasysając pozytywne wibracje

Zdjęcia ciągle nieodzyskane, ale staram się jak mogę przywrócić moją SD do życia. gdyby ktoś miał sprawdzony program do recovery to proszę o wskazówkę. Mi na razie nie udało się znaleźć dobrego.

Więc tak... królestwo Ryukyu. Okinawa. Spokojna taka była.

Na całą moją historię o Okinawie należy wziąć poprawkę na to, że liczbę godzin jakie miałam na zwiedzanie w ciągu trzech dni mogę policzyć na palcach u rąk. Jednak nocleg wśród lokalnej społeczności sprawił, że mogłam dopytać się o wszystko to, co przykuwało moją uwagę, a pozostawało bez wyjaśnienia.

Pierwsze od czego wzroku nie mogłam oderwać to dwu-wagonowa monorail. Zapomniałam, że mogę zrobić jej zdjęcia, ale nie o kolejkę mi chodziło. Kolejka jak kolejka. Chodzi o fakt tych dwóch wagonów, o to, że na Okinawie nie ma takiej sieci pociągów jak w Tokyo, że Naha ma tą jedną linię. Chodzi o to, że zdecydowana większość dziewczynek, które wsiadały do pociągu miały identyczne fryzury. Włosy do ramion z grzywką idealnie zakrywającą całe czoło. Japonia jest tak rozciągnięta, że ludzie na północy różną się wyglądem od tych z południa. Mają inne rysy twarzy i nieco inną budowę ciała. Nie mogłam też przestać patrzeć się w niebo, bo idąc rano na konferencję widziałam je. Wydawało mi się, że nagle wszystko się zmniejszyło, rozluźniło, a ja co chwilę odwracałam głowę, coby mnie jakiś rower nie przejechał. I wiecie co? Żaden nie jechał! Pewnie szliśmy nieco po godzinach szczytu, ale w Tokyo można tak się poczuć chyba tylko o 3 rano, kiedy niedobitki-imprezowicze czekają na pierwszy pociąg, a ludzie, którzy pracują jeszcze śpią. Miałam, też wrażenie że Naha się rozsypuje. Zostałam też już odpowiednio za to skarcona, że przecież nie. Problem w tym, że zamiast przed siebie to patrzę się wszędzie dookoła i naprawdę wiele budynków ma tak zadbane piętro, że jedyne kto tam może mieszkać to zombie, o ile nie zarwie się pod nim podłoga. Sądzę, że taki stan rzeczy spowodowany może być również solą w powietrzu, która nie ma zbawiennego wpływu na architekturę oraz tsunami, które są tu popularne, czy też porą deszczową. Wszystko to przeplata się z gorącym klimatem i pewnie zdecydowanie mniejszymi nakładami finansowymi niż na Tokyo.

Okinawie patronuje Shisa, zwierzątko mitologiczne, które wygląda jak skrzyżowanie psa z lwem. Shisa jest wszędzie i to ze zdwojoną mocą. Kiedyś umieszczało się jedno Shisa na dachu, ale odkąd są domy z betonu i inna architektura powstały dwa bliźniacze. Różnią się tylko tym, że jestem ma otwartą a drugi zamkniętą paszczę. Tez zamkniętą ma zapobiegać złym duchom, nie wpuszczając ich do środka domostwa, a z ten z otwartą zasysa dobrą energię. Fajnie, że energia wie do której paszczy zmierzać. Shisa jest dosłownie wszędzie, przy drzwiach sklepów, na bramach, dachach w restauracjach i oczywiście na sklepowych półkach i można oczywiście zostawić fortunę lokalnej społeczności.

Tagi: Okinawa Shisa
15:59, 0meredith
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 listopada 2011
Miesiąc w Japonii

...Upływa tak szybko, że mogę się zorientować tylko po moim blogu, że rzeczywiście tyle mnie nie było.

Zniecierpliwionych przepraszam. Dziś ukaże się wpis zakrapiany zdjęciami i ogólnie wracamy do gry. :)

Jedyne co na razie powiem to, że ciężko jest nie mieć zupełnie czasu wolnego. Kiedyś mówiłam, że nie wyobrażam sobie nie mieć czasu dla siebie. I oto jestem. Pracująca nawet w niedziele, tak że moja lodówka (do wczoraj) zapomniała czym jest jedzenie. Bo czas w którym powinnam myśleć o niebieskich migdałach przeznaczałam na przygotowywania, prezentacje, uczenie innych. Mogę z ręką na sercu powiedzieć dłużej niż miesiąc w takim systemie to ja się nie bawię. Odzyskuję swój czas wolny. Choć mój kalendarz pęka w szwach, zrobiłam sobie w nim dni wolne na sztywno, kiedy będę nadrabiała życie towarzyskie.

Pogoda ciągle śliczna, choć w weekend lało i lało, a ja w tym deszczu biegałam między uczelnią, baito i dworcami autobusowymi. Plus tego wszystkiego jest taki, że mimo braku czasu w ostatni tydzień żywiłam się prawie za darmo w restauracjach z wyższej półki. Więc zmartwionych informuję, że ogólnie jadłam i obiadowo nawet lepiej niż sama bym sobie ugotowała.

Już za kilka godzin o shisa (nie mylić z shisha), wężach w sake i królestwie Ryukyu.

Tagi: Shisa
03:52, 0meredith
Link Komentarze (2) »
Japan
Poland