Wpisy z tagiem: Jedzenie
czwartek, 22 marca 2012
Znów błogie lenistwo
Czy to aby nie za często? Raz na dwa tygodnie? Ale jak spojrzeć na to z innej strony to dwa razy na dwa lata. Wcale nie tak często. Tylko tym razem naprawdę budżet mi się skończył na wycieczki lokalne. Jeśli ktoś szuka ryokanu w Hakone to polecam Yama no chaya. Położona blisko głównej drogi, ale na środku wzgórza przez co od środka wydaje się być niczym bunkier. Nastraja nostalgicznie i uspokaja. Ryokan ma już swoje lata i korytarze prowadzące do pokoi są wąskie i pachnące drewnem. Jedzenie podane do pokoi. Mglista pogoda była niejako sprzymierzeńcem odpoczynku. Zwiedzanie nie miało sensu, więc szukaliśmy sensu w nocnym wygrzewaniu się w źródełkach. A nad ranem... Nie to jak poranna kąpiel wśród skał i drzew w cieplutkiej, naturalnej wodzie. Wiele radości kryje w sobie niewielka Yama no chaya.
wtorek, 06 marca 2012
Być lalką jeden dzień
Można. 3. marca w Japonii obchodzi się święto dziewczynek lub inaczej święto lalek - Hinamatsuri. Cała imprezka sprowadza się do kilkupiętrowej wystawki z pięknych lalek, który oczywiście nie wolno się bawić. Tradycyjnie powinny być wystawione na czerwonym dywanie. Mogą liczyć sobie od jednego do siedmiu pięter lalek w ubraniach a epoki Heian. Oczywiście te kurzące się ozdoby mogą kosztować krocie. I zaczynając od góry mamy cesarza i cesarzową, damy dworu, pięciu muzykantów, minister prawej i lewej strony i na dole trzech strażników. Jak zwykle wszystko kręci się dookoła złych duchów, które miały władać lalkami stąd w dawnych czasach pozbywano się sadzając na łódki i pozwalając odpłynąć w dół rzeki do morza. Cała uroczysta przeprawa skończyła się błahych powodów. Lalki najzwyczajniej przeszkadzały rybakom. Jeden z przesądów głosi, aby nie zostawiać lalek na dłużej niż do 4. marca, gdyż inaczej córka wyjdzie późno za mąż. A tego nikt by nie chciał ;) W Hinamatsuri gdzieniegdzie można dostać specjalne menu w ramach obiadu i poczuć się jak lalka, dla której serwują najlepiej podane dania.Jak na przykład obiad, który mi się trafił. Przystawka. W malutkim kinkanie zamknięta jest galaretka z białej sake, a w lalkach kilka warzywek.
Zupa z fasolki.
Tofu.
Sashimi podane z misce zrobionej z lodu.
Smażone ryby na kawałkach daikonu i wieprzowina.
Nabe...
w którym oprócz warzyw kryły się skrzela rekina. Bardzo dobre i bogate w kolagen swoją drogą.
Ryż z kawałkami ryby owinięty w naleśnik z jajka.
Oraz deser.
piątek, 24 lutego 2012
Mniej znaczy zdrowiej?
Mamy dużą stołówkę na AGU. Odważyłabym się nawet użyć bardzo dużą. Dwa piętra plus dodatkowa stołówka w drugim budynku. Z okazji letniej przerwy (która, jak już wcześniej wspominałam, dla nas nie istnieje) mniejsza stołówka jest na wakacjach. Z tej samej okazji postanowiono zrobić remont drugiego piętra głównej, co ciągnie za sobą odcięcie połowy pierwszego, dokładniej części, w której parter z piętrem łączą schody. Mało tego. Od kwietnia przychodzi nowa krew, co jest żniwem dla firm wynajmujących mieszkania. Stąd połowa tego co nam zostało przeznaczona została na nich i reklamy mieszkań. Wszystko to oznacza powrót do szukania miejsc dokładnie jak podczas roku akademickiego i zajmowanie stołów jeszcze przed podejściem do kolejki. Ale nie jest źle. Zaprawieni w bojach, ciągle mamy około pi razy drzwi, może 150 miejsc, więc dajemy radę. Redukcja z pięciu do dwóch otwartych drzwi też nie robi na nikim wrażenia. A w zasadzie to doszło to do mnie dopiero teraz, podczas pisania. W wakacje panuje też zwyczaj nowego menu. Tym razem, o zgrozo, zapodano 'zdrowy lunch'. Sprowadza się do kawałka nieco chłodnego łososia, kawałeczka daikonu, kilka warzyw na krzyż, parówki rybnej (tutaj bym się sprzeczała czy na pewno ona jest taka zdrowa), miso i porcji ryżu odmierzanej na wadze. Dodatkowo przy wyborze tej bomby witamin i minerałów nie można zamówić podwójnego ryżu. A teraz okiem Polki: połowa ryżu, wyższa cena, reszta jak w typowym lunchu rybnym. Mniej pewnie może znaczyć zdrowiej, ale nie jest pewna, czy obecna porcja dostarcza mi tyle kalorii ile powinnam spożywać. Proszę się nie martwić zapasy czekoladek dopełniają braki :) Poza tym dziś uzupełnię wszystkie braki na pakistańskim obiedzie. Odliczanie trwa.
niedziela, 05 lutego 2012
Święto rzucania się fasolką
Czyli Setsubun (setsu - sezon, bun - część). Jest to ostatni dzień zimy wg tradycyjnego japońskiego kalendarza. Ostatni... No nie wiem, jak na moje oko to tyłki nam tu jeszcze zmarzną. Trzymając się wyjaśnień, setsubun rozpoczyna sezon wiosenny. Sucha fasolka to znak szczęścia i rzucanie nią ma przynieść go jeszcze więcej, a odgonić nieszczęście. Zwyczaj każe co by pójść do świątyni i pozwolić się być obsypanym przez mnichów, dodatkowo łapiąc ziarenka, które potem należy skonsumować. Sam zwyczaj rzucania nazywa się mamemaki. Dla bardziej leniwych, zapracowanych i zapominalskich mame (fasolkę) można najzwyczajniej kupić w sklepie w specjalnym opakowaniu. Biznes musi się kręcić. A żeby kręcił się jeszcze bardziej na takie sypanie zapraszam się idoli japońskiej muzyki, aktorów i popularne osoby, które rzucą dwa razy w publikę, pomachają, pouśmiechają się do aparatów, komórek i kamer. Ich 'występ' trwa 5 minut, świątynię nawiedzają tysiące (nie przesadzam), jedzenia nie nadąża się sprzedawać. Tradycja podtrzymana. I wilk syty i owca cała. W domu należy wciągnąć co najmniej tyle ziarenek, ile mamy lat. Co więcej, takim suchym szczęściem można sobie podsypać dom, jego wejście, mieszkanie, co tam się chce. Pomyślałam... no chyba kogoś pogięło. I potem jeszcze może mam ją zbierać i zjeść. A jednak! Widziałam na własne oczy człeka obsypujące wejście do swojego sklepu. Mam nadzieję, że nie zamierzał jej potem konsumować. Ja ilość odpowiednią swojemu wiekowi zjadłam, a nawet więcej, więcej, więcej... tak, że obiad miał problemy ze znalezieniem miejsca. Przy całym tym zapychaniu się suchą bobowatą ważną rolę odgrywa wielka przystawa - ehoumaki. Jest to długie sushi-maki z siedmioma składnikami. Wieść głosi, że nie ma znaczenia jakimi, o ile trzymamy się szczęśliwej liczy siedem. Kojarzy mi się to z Wigilią, gdzie liczy się skrupulatnie 12 potraw, a jak czegoś nagle brakuje to przecież można policzyć ciasto, a jakby było za dużo to ciasto na przystawkę. Ehoumaki pochodzi z rejonu Kansai (Osaka, Kyoto), ale teraz jest popularna wszędzie. Biznes w końcu. Bardzo ważne, żeby nie pociąć go na kawałki, bo co potem zrobić z takim pociętym szczęściem? Ów giganta zjada się w kompletnej ciszy z głową skierowaną w stronę szczęścia. Strona ta zmienia się co roku i tym razem był to nieco mniej dziki zachód, mianowicie NNNW (północny, północny, północny zachód). Jak dla mnie zerkając w stronę produkcji najlepszej sake i ryżu - Niigata. Niewątpliwie strona szczęścia. A na dokładkę dnia mocnego wrażeń udon z jajkiem, szczypiorem i shichimi tougarashi.
sobota, 17 grudnia 2011
Na przekór oczekiwaniom
Wiele radości dają też spotkania ze znajomymi, których nie widziało się od dobrych tygodni.
piątek, 02 grudnia 2011
Porcelanowe uliczki Nahy
Japonia docenia wszystko co ręcznie robione. Poprzez serwetki, naczynia, aż po słodycze. A jeśli już gdzieś kupować naczynia to właśnie na Okinawie. W niewielkiej uliczce odchodzącej od głośnej Kokusai-dori w Naha, zostawiając sklepy z pamiątkami za plecami odkryliśmy wąskie, kręte uliczki, w których pachnące starą Japonią sklepy z naczyniami wyrastają jeden po drugim, jak grzyby po deszczu a ich póki uginają się pod ilością talerzyków, kubeczków i innych ręcznych wyrobów. Oczywiście nie brakuje w tym wszystkim shisa w każdym rozmiarze i kolorze.
Po zostawieniu worka kasy dla pań, które w sumie nie przejmują się klientem aż tak, jak w sklepach z typowymi pamiątkami, można wrócić na bazar i zajrzeć do jedynego w swoim rodzaju sklepu z przetworami.
Można tu kupić zupy miso o różnych smakach, sosy, dżemy z goya (bardzo, bardzo kwaśnego melona, który wygląda jak ogórek) czy smażony czosnek z przyprawami przeciśnięty przez praskę. W taki właśnie się zaopatrzyłam. Nadaje się do wszystkiego, gdy tylko ruszymy nieco wyobraźnią. Na Okinawie można szamnąć jajecznicę z goyą, która traci swój kwaśny smak (nie w całości oczywiście), makaronu z dodatkiem atramentu kałamarnicy (jest czarny i ginie na zdjęciu pod nori), szkieletu ryby smażonego na głębokim oleju czy winogronu morskiego w sałatce (umibudo).
A jeśli ciągle mamy za mało spożywczych wrażeń polecam zajrzeć do automatu z napojami, bo kraj ten sam, ale lokalny produkt zawsze górą.
Automat jak automat. Zaschło mi gardle, podchodzę, grzebię w poszukiwaniu monet i przyklejam nos do szyby ze zdziwienia, bo wśród inaczej niż w Tokyo wyglądających butelek i puszek, zaraz nad sanpinchą (zbożową herbatą, która zmieniła swoją nazwę coby się pewnie lepiej sprzedawać) stoi sobie i świeci po oczach pomarańczem, sok ze shekwasha (zielonego niczym limonka cytrusa) o wdzięcznej nazwie Oishiisaa łącząc w sobie 'smaczne' i 'shisa'.
Jak to zwykle bywa: Jeden kraj, a każdy zakątek kryje w sobie coś unikalnego.
piątek, 02 września 2011
Przepis na żądanie
Przepis pochodzi z sezonowej książki pani Harumi Kurihara (haru czyli wiosna), która jest mistrzynią kuchni japońskiej. Jej przepisy są niezwykłe a potrawy (mam wrażenie) smakują lepiej niż w większości restauracji. Pewnie jesienna już w drodze.
Udon z krewetkami w tempurze Porcja na 4 osoby. Hmmm 4 japoński osoby rzecz jasna, to może na 3 polskie ;) Składniki:
środa, 31 sierpnia 2011
O smaku trupa
Sierpień dobiegł końca. A w zasadzie dobiega, bo jeszcze zostało mu kilkanaście godzin. Dla młodzieży polskiej oznacza to początek szkoły, dla Japończyków skończył się właśnie miesiąc zmarłych. Stąd w sierpniu nie ma ślubów. Obon, można też nazwać Festiwalem Zmarłych, jest świętem buddyjskim i trwa miesiąc. Sam festiwal to jednak kilka dni. Japończycy wracają często do swoich rodzinnych domów, żeby oddać cześć zmarłym. W tym czasie dusze krewnych wracają na Ziemię, a rodzinny składają im dary głównie w postaci słodkości. O tak, duszę najbardziej lubią cukier. Na ten czas produkuje się cukrowe kwiaty, których oczywiście nie można jeść. Jeden z moich znajomych Japończyków wybrał się do prefektury Gunma, o której pisałam zresztą jakiś czas temu w innym poście. W prezencie dostały mi się słodycze o smaku... zmarłych! Kiedy zadowolona otworzyłam maleńki niby cukierek i posmakowałam pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi na myśl to: tak właśnie smakują skremowane ciała. Serio! Powiedziałam to głośno, czym wywołałam falę radości, ale po poczęstowaniu całego towarzystwa gromka wesołość przeszła do historii i nikt już nie chciał kolejnego. A ja myślałam, że skoro to japońskie to przynajmniej połowa ludzi pomoże mi to zjeść. Tak właśnie zostałam z pudełkiem pełnym po brzegi jasnobrązowych cukierków. Ich smak to nie popiół oczywiście, a kinako (sproszkowana soja) z cukrem. Kinako nie jest niedobre, można kupić na przykład mochi (klejącą kulkę ryżową) obtaczane w kinako, nadający specyficzny smaczek. Ale pierwszy raz miałam okazję jeść takie cukierki. Smak może przypominać mąkę gryczaną z cukrem. Jednak muszę się przyznać, że zaczynam je podjadać. Zaczynają mi smakować. Chyba nie są jednak aż takie złe.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Takoyaki
W dosłownym tłumaczeniu smażona ośmiornica, ale dokładniej rzecz ujmując smażona kulka ciasta z kawałkiem ośmiornicy w środku.
W trakcie matsuri jest to pozycja na: musi być. Inaczej festiwal nie jest festiwalem. Można je kupić w małych bukach na kółka na ulicy w Toyko na przykład niedaleko parku Yoyogi niezależnie czy coś się dzieje, czy nie. Podobno ich historia zaczyna się w Osace, kiedy to uliczny sprzedawca jedzenia, Tomekichi Endo, w 1935 roku zaczął je smażyć zainspirowany Akashiyaki (smażone kulki z miasta Akashi). Stały się tak kochane, że w całej Japonii towarzyszą wszędzie tam, gdzie zbierają się ludzie, w Osace powstały nawet restauracje zajmujące się tylko takoyaki, a specjalne patelnie do ich robienia można kupić na własny użytek w wersji 20 sztuk, ale nie 200.
Dopełniliśmy nasze kulki marnowanym imbirem i kapustą do smaku. Niemal wszystkie chwyty dozwolone. Na koniec sos, majonez i suszone ryby.
piątek, 19 sierpnia 2011
Bezsenność nocy letniej
Jakoś wyjątkowo duszno było tej nocy i nie mogłam zmrużyć oka, ale teraz rozumiem. Zbiera się na burzę, jak otworzyłam drzwi z rana pierwsze co mnie uderzyło to ten znajomy zapach zbliżającego się deszczu. Mimo wszystko lato w tym roku wydaje się być chłodniejsze. Choć ciężko mówić o chłodzie mając na karku po 35 stopni prawie każdego dnia. A jednak odnoszę takie wrażenie. Jeśli ktoś nazwał sobie poprzednie latem stulecia to nie sądzę, aby dużo się pomylił. Noce dobijały często do 30 stopni, tymczasem teraz czuć zdecydowaną ulgę gdy słońce zachodzi. Ciągnęło się też poprzednie lato i ciągnęło, jeździłam cały wrzesień na surfing bo temperatura nie chciała spaść, a woda była jak cieplutka jak zupa. Teraz nie wiem jaki będzie wrzesień, ale w połowie sierpnia można złapać oddech. Przez ostatni tydzień wyrobiliśmy sobie uczelnianą rutynę w porze lunchu. Wszyscy schodzą się w miarę wolno, jak się komu wstanie, zbierze i zechce wyjść. Na lunch wychodzimy niemal punktualnie w samo południe, nie wiedzieć czemu zazwyczaj kończymy 12:30 bez większych odchyleń. W drodze powrotnej mijamy stadion baseballa na naszym kampusie, który zresztą widać z naszego pięta. Ponieważ codziennie są mecze do 13:00 z lodami/napojami kibicujemy naszej drużynie. Nie jest to jakaś znakomita drużyna, ale miło patrzeć na ich codziennie zwycięstwa nawet jeśli grają z podrzędnymi. Potem powrót do codzienności.
Kilka dni temu dostałam w prezencie senbei - japońskie kruche ciastko ryżowe. Często darowane w ramach pamiątek. Te są niewielkie i mają wyjątkowy smak: krewetki z wasabi. Super kombinacja, jeśli ktoś gustuje w wasabi, czy chrzanie i zapewniam, że dobrze będzie się bawił chrupiąc ten konkretny typ.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Jak świat długi i szeroki
Okiem obiektywu
Różności
Więcej o Japonii
|