Wpisy z tagiem: surfing

poniedziałek, 04 października 2010
W stronę oceanicznego słońca

Po pierwsze urodziny Asada. Świętowaliśmy w sobotę i z tej okazji tort z polskim kremem (robił niebanalną furorę) i przy okazji wyskoczyło jeszcze ciasto czekoladowe na zamówienie. Jak kraść to miliony. Ogólnie spokojny dzień zwieńczony sprzątaniem i praniem.

 

Po drugie surfing został przenisony na niedzielę i w nieco innym składzie. Co więcej, aby nie rozleniwiać się po słodkościach ocean był niespokojny. Fale w okolicach metra wysokości zapieklały się bardzo blisko brzegu. Ciężko było się przedostać, ale jak już się udało łapaliśmy  się na długie przejażdżki. Piach był na każdym poziomie wody, a wiatr nie dawał spokoju. Jak do tej pory był to zdecydowanie najlepszy wypad i mogłabym walczyć z tą wodą kolejne kilka godzin, ale czas naglił. Bilans: dwa razy dość rozsądnie deską po głowie, skaleczona stopa płetwą, sińce. Gdybym tylko mogła pojechać dziś jeszcze raz... Słońca było niewiele, ale temperatura wody zdecydowanie wyższa od tej na lądzie. Od dziś znów sobie popaduje, czasem mniej, czasem bardziej.

Przy okazji uwieczniłam Sky wieżę, która rośnie w oczach mając już pewnie trochę ponad 400 metrów wysokości. Zostało jej jeszcze jakieś 200 metrów i około roku zanim przyjmie pierwszych turystów żądnych wysokości (w tym gronie na pewno znajdę się ja).

piątek, 01 października 2010
Aki* - Czapki na uszy

*Aki - z jap. jesień
Zaczęła się jesień. Temperatura drastycznie spadła do 17 (czasem 15) stopni i tubylcy naciągnęli czapki na uszy. Na razie są to pojedyncze przypadki, ale się mnożą. Surferzy...


...nic sobie z tego nie robią i jutro gdy tylko kur zapieje (a zapieje o 5:30 w Higashi-Nakano) wyruszamy łapać fale do Chiby. Sama podróż trwa mniej więcej dwie godziny. Na szczęście mamy kierowcę (może uda mi się uwiecznić go następnym razem), więc można się zdrzemnąć. Klasa ekonomiczna śpi jak na zawołanie, ale ja, że zasnąć nie mogę, bawię się w DJa na przednim siedzeniu. Wygląda na to, że to jeden z ostatnich weekendów przed zimą wszech czasów. Musi być wszech czasów, bo lato było nadzwyczajne gorące i długie. W przyrodzie nic nie ginie, bilans musi się zgadzać. Wetsuit nie był zamaczany od trzech tygodni, czas naprawić ten błąd. Jak z zapowiedzi internetowych pogodynek wynika, fale do metra i o całkiem dobrej sile. Oby tylko nie padało, bo jak na razie od tygodnia deszcze nas nie opuszczają.

czwartek, 12 sierpnia 2010
Surfując w Kugenuma

Powitał mnie piękny, złoty wschód słońca. Ręcznik, strój, filtr przeciwsłoneczny… jedziemy surfować. Umówiliśmy się na 8 rano w Kugenuma (nasze miejsce było po lewej stronie kanału). Ze stacji prosto do sklepu z deskami, każdy zaopatrzył się w jedną (z wyjątkiem Hani i jej mamy) i heja nad ocean. Wszystko wyglądało bardzo hawajsko. Wszędzie ludzi taszczący deski, ubrani w specjalne stroje lub standardowe bikini. Mijały nas rowery ze specjalnymi zaczepami na deski. Na plaży brzmiało reggae, zapach soli mieszał się grillem, a po naszej prawicy na wszystko miała oko góra Fuji, wyłaniająca się jakby z głębin. Mogłabym tutaj mieszkać. O tej porze woda była już przepełniona maniakami dobrych fal w każdym wieku. I mówiąc w każdym, mam na myśli przekrój od kilkulatków po ludzi w siwych włosach. Lokalnych łatwo dało się odróżnić  po mocnej opaleniźnie i specyficznym błysku w oczach, który dawał do zrozumienia, że naruszamy ich ocean i lepiej dla nas, żebyśmy wiedzieli co zrobić z deską. Tymczasem moja cała wiedza opierała się na niezliczonej ilości filmów związanych mniej lub bardziej z surfingiem. Atsushi wyjaśnił nam co robić, jak wiosłować, kiedy łapać falę i jak próbować stanąć na desce. Wszystkich, dla których sport ten wygląda banalnie na obrazach pragnę wyprowadzić z błędu. Przez pierwsze kilka chwil można mieć problem z utrzymaniem się na desce w pozycji leżącej. Po kilku godzinach walki udało mi się oderwać od podłoża na w miarę rozsądnej fali (wszystko to w albumie). Na to uczucie czekałam dekadę. Chciałabym móc tu wracać co tydzień, a najlepiej mieszkać w wodzie. Rozważałam już bycie małą syrenką, ale wtedy nie mogłabym surfować. Pozostaje mi więc wracać, kiedy tylko czas i budżet pozwoli. Pozbyłam się zbędnej warstwy naskórka z kolan, gdzieniegdzie z ud i brzucha oraz nabrałam specyficznych, brązowo-żółtych kolorów na łokciach i biodrach (od noszenia deski), ale zdecydowanie było warto. Po południu poziom wody znacznie się podniósł, a fale razem z tubylcami prawie znikły. Wróciliśmy do przeludnionego Tokyo. Gdy zasypiałam ciągle jeszcze czułam się jakbym przeskakiwała przez fale. Dla surfingu: zdecydowane tak.

10:35, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
Japan
Poland