Wpisy z tagiem: uniwersytet

piątek, 25 lutego 2011
Bezsenność w Kanagale

Ta przypadłość prześladuje mnie od zawsze. To, że mało snu wystarcza mi zazwyczaj do codziennej egzystencji, to żadna nowość dla mojego bliskiego otoczenia. Raz na jakiś czas mam noce, kiedy absolutnie nie mogę zmrużyć oka. Tak też się dziś stało. W zamian miałam okazję obserwować blady świt w Kanagale (jedna z prefektur Japonii). Posiedziałam przy obowiązkach do 5 nad ranem, spakowałam się, wyruszyłam zmienić ubranie i wziąć prysznic. Pierwsza zagwostka, o 5 rano(!), czekała mnie już u progu bram uczelni. Pan wjeżdżał mini ciężarówką (bo tu wszystko jest mini, czasem mam takie wrażenie) na uczelnię. Nie była to śmieciarka, raczej jak samochód dostawczy. Ale co? Nie napoje, bo kto po ciemku przeładowuje automaty? Tak mnie wryło, że niemal się spytałam. Ale powstrzymałam się coby nie peszyć już wystarczająco goniącego pana zza kierownicy w białym wdzianku. Podreptałam do domu.

Przepakowana i odświeżona ruszyłam do całodobowego po śniadanie i w stronę uczelni. Były okolice szóstej, kiedy mijali mnie biegnący ludzie na pociąg, goniące samochody osobowe i dostawcze, uczniowie w mundurkach z torbami sportowymi uwieszonymi na chudziutkich ramionach (o 6 rano!). Przyglądaliśmy się sobie z takim samym zainteresowaniem, jak przygląda się człowiek w zoo, pierwszy raz widząc egzotyczne okazy na własne oczy. Po drodze głowiłam się nad faktem, dlaczego nie chce mi się spać, dlaczego nawet nie ziewam, dlaczego mam wrażenie, że właśnie wstałam. Doprawdy nie wiem, ale dziś na pewno usnę bez problemów. Panowie strażnicy już chyba nie mają siły do moich ciągłych gonitw o dziwnych godzinach, więc mijając tego samego, któremu nieco ponad godzinę temu mówiłam 'do widzenia' a teraz krzyczę 'dzień dobry' obrzucił mnie tak szczerym uśmiechem, że aż pokiwał głową z niedowierzaniem. Będąc studentem można wejść na teren uczelni o każdej porze, tylko od zamknięcia bram trzeba dodatkowo pochwalić się legitymacją. Mnie ten zwyczaj omija, jestem tak rozpoznawana, że pytają się tylko czy na pewno chcę wejść 'przecież jest 12 w nocy', a ja zawsze to samo, że tak 'chcę tylko obliczenia sprawdzić'. Wyślizguję się potem inną bramą, żeby mi się droga do mieszkania nie znudziła zbyt szybko.

Teraz na zegarze dochodzi 10:30 rano i czuję się dziwnie oszołomiona. Wszyscy magistrowie pojechali na główny kampus po pieczątki szefa szefów, a ponieważ są wakacje wszyscy przychodzą nieco później. I oto jest sama jak palec, czując że ta dobra trwa już ponad 24 godziny.

Poniżej świt w pierwszy naprawdę ciepły dzień tego roku, mamy 17 kresek (na plusie oczywiście) i pełne słońce. Przepraszam za komórkową jakoś zdjęć.

wtorek, 15 lutego 2011
Bałwany na japońskiej ziemi vs inżynierowie

Jedni skończyli, inni zjadają paznokcie. Obron ciąg dalszy. Po magistrach (można przeczytać w starszym poście) czas na inżynierów. A w zasadzie studentów czwartego roku, bo pojęcie inżyniera raczej tu nie funkcjonuje.  Więc mamy powtórkę z rozrywki, tylko nie cztery, a dziewięć osób tym razem i zaledwie 10 minut na każdego delikwenta. Atak nastąpi w piątek, toteż już od wczoraj robimy im czystkę w głowach i w prezentacjach. Na ostatniego zawodnika umieszczającego całkowicie niewidoczne kolory (np. żółte, cienkie linie wykresu na białym tle) po prostu zabrakło mi sił. Wyciągnęłam go na drugi koniec sali i kazałam przeczytać to, co napisał tym czerwonym kolorem na jakimś tam tle. 'Nie widzę' - stwierdził. A ja na to 'Dziękuję. Nie mam więcej komentarzy'. Cała sala wybuchnęła śmiechem, ale na ich oczach malował się obraz wilogodzinnych poprawek własnych nieprzemyślanych decyzji. Siedzieliśmy od 17:00 do 23:00 z pół godzinną przerwą na obiad, który przyjechał na zamówienie.

Gdy tylko skończyliśmy, wszyscy jak jeden mąż wylegliśmy do swoich domów,  każdy w swoją stronę, z wyjątkiem trzech osób. Jak zobaczyłam śniegu po kostki poczułam dziecięcy przebłysk w głowie i niepohamowaną radość. Schyliłam się ubrana w  elegancki płaszczyk, z torebką zawieszoną na przedramieniu i eleganckich rękawiczkach, nikt nie spodziewał się tego, co miało nastąpić. Zrobiłam szybko niepozorną kulkę i rzuciłam w Shimadę. I nagle w moje oczy wkradł się obłęd, w serce ciepło, a w usta radość. Kolejna kulka poleciała na Motokiego, który starał bronić się parasolką. I dalej poszło już samo, zaczęliśmy się wszyscy rzucać stojąc w trójkącie i biegając w kółko i ciesząc się jak sześciolatki. W drzwiach pojawił się Asahara i Aoki, więc cała nasza artyleria bez zastanowienia  poleciała w ich stronę. Potem zapoczątkowałam lepienie bałwana. Kule były naprawdę ciężkie, bo śnieg nadzwyczaj mokry (było jakieś +5 stopi!) a ja odganiałam się od okrzyków zachwytu. Biedni, jak oni spędzili dzieciństwo bez śniegu. Jak tylko lepienie dobiegło końca ten sam obłęd wdarł się w moje oczy i moim celem padł Aoki, bo stał najbliżej. Dzikie rzucanie i hasło: Japonia przeciw Polsce! 'Zaraz' krzyczałam 'to nie tak, jestem sama'. Kiedy wszyscy popadali jak muchy, ja skakałam niczym dziki zając dookoła i kręcąc się w kółko, ciesząc się padającymi płatkami. Nikt nie może pojąć skąd mój brak poczucia zimna i hiperaktywność.

Otworzyłam drzwi mieszkania, rzuciłam torebkę, wzięłam aparat i poszłam zrobić kilka zdjęć na szybko. Mało z tego wyszło, bo ciągle sypał śnieg. Efekty poniżej.

 

Zaskoczony zimą kinkan, bijący złotem pośród nocy.

Brama mojej uczelni wygląda tak złowieszczo tylko śnieżną nocą.

sobota, 05 lutego 2011
Japońskie obrony mgr

Szał zaczyna się tak naprawdę na około 2 tygodnie przed wielkim atakiem, kiedy ukończone dyplomy zostają oficjalnie podstemplowane i zaakceptowane. Zostają odłożone na półkę czekając, a najbardziej zainteresowani tworzą prezentacje. To co mi się w tym systemie podoba, to jedna jedyna kopia dyplomu w standardowej okładce do kupienia na terenie uczelni za kilka złotych. Oczywiście okładka do kupienia, a nie kopia. Niedługo po tym pojawia się oficjalna lista godzin obron. Wtedy należy streszczenia prac osób broniących się z danego laboratorium spiąć w jedność i razem z planem obron zanieść wszystkim profesorom, doktorom wydziału, którzy pojawią się na obronie, a jest ich u nas dwudziestu jeden. Stres kumuluje się na kilka dni przed samą obroną kiedy nastaje dzień pierwszej próbnej prezentacji. Po kilku godzinach czwórka dzielnych gości wchodzi do laboratorium totalnie wypruta, jak po fizycznej walce na kije. Następnego dnia jest kolejna próbna prezentacje, tym razem nieco krótsza (3, a nie 4 godziny), bo zostały wniesione poprawki. Wszyscy obecni (profesor, doktoranci i czasem ktoś jeszcze się przypałęta) może doradzać, a że każdy ma inny gust można sobie wyobrazić co się dzieje. Kolejna nie do końca wygrana bitwa. Dziś przed wydarzeniem jeszcze jedna próba, którą daje się zamknąć w jeszcze krótszym czasie, a miny są zdecydowanie bardziej zadowolone. W sądny dzień na sali jest nasze całe laboratorium (20 osób wliczając broniącą się czwórkę), profesor i cała reszta profesorów wydziałowych. Każdy może oczywiście zadać pytanie na koniec. Przedstawienie uczestnika, tematu, start, 10 minut, pierwszy dzwonek, 12 minut, drugi dzwonek, delikwent przestaje mówić, niezależnie od tego czy udało mu się skończyć czy nie. Następuje seria ostrzału ze strony sali i odpierania ataku z drugiej. 20 minut, trzeci dzwonek i każdy kto jeszcze ma pytania może je napisać na kartce, a dana osoba odpowie w najbliższych dniach, też pisemnie. Ta batalia zdecydowanie zalicza się wygranych. Co więcej, nasza grupa wypadła lepiej niż inne, więc jestem podwójnie dumna. Jako, że uczestniczyłam w procesie tworzenia prezentacji i oceny przed-obronnej nie wiem kto był bardziej zestresowany. Oni w amoku, rzucający na talerz całe swoje 2 lata przygotowań, czy ja, obserwująca zegarek i miny słuchających. Chyba na mojej obronie aż tak się nie przejmowałam. Godzina dwadzieścia. Koniec. Za niecałe dwa miesiące koniec semestru, chłopaki zaczną pracę. Do  tego czasu kończą pracę w lab i piszą jeszcze jakieś artykuły. A teraz czas na zasłużone oblewanie. Pozdrawiam siedząc już na krawędzi krzesła, w płaszczu i z rękawiczkami na kolanach. Izakaya czeka.

wtorek, 06 lipca 2010
WABIAN-2 podaje do stołu

Ostatnio wybrałam się do Przemka na Wasedę (Uniwersytet Waseda). Przemek oprowadził mnie częściowo po swoim królewstwie, oczywiście nie mogłam wtargnąć wszędzie i ot tak robić zdjęć, ale przynajmniej uchwyciłam go przy wejściu do jego miejsca pracy. Przemek zajmuje się robotami, a jego laboratorium robi niemałe wrażenie, bo od wejścia witają nas dwa człekopodobne terminatory. Jednym z nich jest WABIAN-2, który jako jedyny potrafi chodzić prostując kolana.

Cześci mechaniczne... tego właśnie brakuje mi w naszym lab. Na pracę przy eksperymentach muszę jeszcze poczekać, więc zadowalam się kolorowymi obrazkami swoich analiz. Myślę, że władze naszych uczelni technicznych jak kraj długi i szeroki należałoby wysłać na szkolenie tutaj. Takie laboratorium to zbawienie, można pracować nad dyplomem, badaniami, nie martwić się oprogramowaniem i brakiem książek w momencie pracy. Jeśli kiedyś przyjdzie mi zostać na uczelni to będzie trzeba pomyśleć jak udoskonalić nasz system... o ile będzie to Polska :)

Po wnikliwym przepytaniu Przemka poszliśmy na obiad do restauracji/knajpki singapurskiej. Właśnie zdałam sobie sprawę, że zdjęcia może nie zachęcają do spróbwania, ale zapewniam, że jedzenie było przednie. Zamówiliśmy smażony ryż z przeprawami i jajkiem na nim podawany z orzeszkami ziemnymi, rybkami i preclo-chipsami oraz makaron w czarnym słodko-sojowym sosie z owocami morza. Niebo w gębie. Teraz jeszcze bardziej chcę pojechać do Singapuru.

czwartek, 20 maja 2010
Aogaku, Todai i inni bohaterowie studentów

Byłam pewna, że wyjaśniałam już znaczenie Aogaku, ale postanowiłam się upewnić i jednak nie. Wyjaśniam więc :)

Aogaku = Aoyama Gakuin Daigaku - Uniwersytet Aoyama

A przy okazji:

Todai = Tokyo Daigaku - Uniwersytet Tokijski

Kyodai = Kyoto Daigaku - Uniwersytet Kyoto (-ijski??)

wtorek, 20 kwietnia 2010
Dzień z życia Aoyamy

Zazwyczaj docieram na uczelnię około 9 rano. Od samej stacji czuję się niemal jak na koncercie rokowym niesiona przez tłum. Po drodze panowie kierują (a przynajmniej starają się kierować) rzeką ludzi, żeby pojawiające się czasem samochody miały możliwość przedarcia się. Pierwsze zajęcia zaczynają się o 9:30 dlatego tak właśnie wygląda ranek. Wykłady na 8? To już przeszłość. Nie wiem doprawdy skąd ci wszyscy ludzie się biorą i gdzie się mieszczą. W późniejszych godzinach jest nieco lepiej z tą bandą wyzwolonej młodzieży, która w końcu nie musi nosić mundurków do szkoły, ani czarno białego wdzianka do pracy. Doskonale rozumiem ich odjechany styl po zaznajomieniu się z regułami ‘życia’. Mój budynek jest prawie na końcu kampusu przez co w połowie drogi często mogę na palcach policzyć ile osób za mną podąża. Gdy wchodzę, zazwyczaj trafiam na panią sprzątaczkę biegającą (dosłownie) z płaską szczotą doczyszczającą podłogę, która krzyczy z uśmiechem: Dzień dobry. Mogłabym lunatykować, ale nawet wtedy wiedziałabym, że nie jestem na polibudzie. Może inne uczelnie wyglądają inaczej, ale tego okazji sprawdzić nie miałam. Jeśli pada deszcz (zaczyna nam się pora deszczowa) w wejściach stoją parasolkowe plastikowe ochraniacze, wkłada się złożoną parasolkę do plastikowego woreczka (w sumie podajnik robi to prawie za nas), co by podłogi nie zamoczyć. Chyba by mi serce pękło, gdybym pozwoliła sobie na kapanie, gdy widzę uwaijące się panie. Dziś przepaliła nam się jedna jarzeniówka. Nie wiem, kto to zgłosił, ale o 15:10 przyszedł pan i wymieniając przepraszał trzy razy, że przeszkadza. Ciekawe czy na polibudzie potrzebny jest przetarg na takie przedsięwzięcia? ;) Przez kilka dni zastanawiałam się jak postrzegają mnie dziewczyny z uczelni, bo przecież nie mam butów z puszkiem, wielkiego koka, opaski w kwiatki, miniówki czy torebki z postacią z kreskówi ani makijażu. Dziś sama sobie odpowiedziałam na to pytanie. Jak dziewczynę z nauk ścisłych, bo tak właśnie wyglądały trzy dziewczyny z windy z piątego piętra naszego budynku. Spodnie, buty na plaskacza i niewielki makijaż.

A dosłownie przed chwilą wróciłam z klubu fitness. Płaci się 1000 jenów za semestr i można wszystkiego używać do woli, ale na pewno nie do upadłego, bo chodzący trenerzy bacznie obserwują czy ktoś nie robi sobie krzywdy. Miałam jeszcze popracować nad kodem Fortrana, ale okazało się, że komputer z którym się łączę jakoś nie działa. Przekładam pracę na jutro i uciekam do domu na obiad z rodzinką.

piątek, 16 kwietnia 2010
Laborki po japońsku

Po pierwsze mało jest przedmiotów obowiązkowych, ale raczej sugerowane. Na wyższych latach, nie wiem jak to wygląda na pierwszym roku, ale chyba podobnie zważywszy na to, że przez pierwszy tydzień nie ma zajęć a studentów po brzegi. Pewnie trzeba się na wszystko zapisać. Chodzi głównie o to, żeby zdobyć odpowiednią ilość punktów i przy okazji zrobić przedmioty, które mogą przydać się w pracy lub w pisaniu pracy inżynierskiej czy magisterskiej. Ponieważ nigdy nie miałam do czynienia z programem LabView profesor postanowił zapisać mnie na laboratorium LabView. Zważcie uwagę na to, że nie jestem biegła w japońskim. Cóż… mama kazali. Za tydzień mamy przynieść komputery i profesor (a właściwie pracownik National Intruments, który pracuje też na uczelni) zainstaluje każdemu z nas wersję studencką.

Sale są super wyposażone, to już kolejna gdzie widzę wbudowane rzutniki cyfrowe i system nagłaśniania. W tej gdzie zazwyczaj mamy spotkania stoły i krzesła są na kółkach. Tutaj było nieco inaczej. Wszystko wbudowane na stałe, ale krzesła na jednej nóżce, odchylane. Bardzo stabilne i wygodne. Może zrobię zdjęcie któregoś dnia, ale jak na razie nie chcę być totalnie z innej planety :)

Każde pierwsze zajęcia zaczynają się od przedstawienia się. Nie wiem co się dzieje jak na sali jest 300 osób, tutaj było jedynie 40-50.  Każdy mówi swoje imię i co studiuje, czym się zajmuje, dlaczego jest na tym kursie. Jeśli zajęcia są luźniejsze jak na przykład japoński, który miałam kilka dni wcześniej padają jeszcze pytania o hobby.

Jest późno, więc to na tyle, bo jutro idę na uczelnie. W sobotę, nie pomyliłam się :)

Japan
Poland