Menu

Edith na tropie

Japonia - codzienne życie za wielkim kontynentem

Sannou Matsuri

0meredith

Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem trafiłam rankiem na matsuri. Dojechałam sporo przed 9 rano i wolnym krokiem ruszyłam ze stacji na uczelnię, ale tuż po wyjściu z podziemi moją uwagę przykłuli policjanci. Było za wcześnie na ich kierowanie ruchem (zazwyczaj wychodzą w godzinie szczytu) i zdecydowanie za wcześnie na protest. Swoją drogą to protesty często właśnie tędy się przewalają, a wygląda to tak: kilku skandujących Japończyków z odręcznie napisanymi hasłami, dookoła nich z dziesięcu policjatów i dwa razu tylu dziennikarzy.

Przeszłam na drugą stronę ulicy i moim oczom ukazał się mnich w odświętnym wdzianku stojący na czerwonym świetne na pasie, gdzie powinny być samochody. Tak to czasem wszechświat się zgra, że trafiłam dokładnie na początek parady z Sannō Matsuri, która trwała dość długo idąc dzielnie ulicami nowoczesnego Tokyo i obserwowana przez mijających ją sąsienimi pasami kierowców. Ludzie w drodze do pracy (w tym ja) zatrzymywali się na chodniku robiąc zaciekle zdjęcia telefonami.

Sannō Matsuri (Festiwal Sannō) jest jednym z głównych festiwali shinto w Tokyo. Cały festiwal obejmuje nie tylko paradę złożoną de facto z 300 osób, która wolnym rytmem przetacza się przez Chioyoda-ku, ale trwa blisko tydzień łącząc różne drobniejsze zajęcia. Jest to znaczący festiwal, gdyż był dopuszczony przez shoguna, kiedy ten wkraczał do zamku Edo podczas ery Edo (1603-1867).

Oto skrót tych 600 metrów tradycji, które trwają blisko 10 godzin (tak, tak; to nie jest spacer przez trzy ulice)

 

I tyle po drzewkach

0meredith

Odebrałam swoją wizę do Iranu i za półtora miesiąca wsiadam opatulona w hijab w samolot i wybywam na dwutygodniowe wakacje. Podobno mają tu panować jakieś niestworzone upały w tym roku, ale nie jestem pewna czy przebiją Iran. Wiza jest nadzwyczajnie nieczytelna, bo zapisana w całości w farsi (perskim). Jedyne co potrafię odczytać to daty jej ważności. Nie martwi mnie to za specjalnie, bo tyle wystarczy mi wiedzieć przecież. Lot wykupiony, a teraz się dokształcam. Odświeżyłam filmy z przeszłości takie jak 'Persepolis' i wzięłam się za literaturę. Z tym gorzej, bo chciałam za namową H. przerobić Kapuścińskiego 'Szachinszach', ale ciężko mi go dostać za wielkim kontynentem. Czuję się trochę jakbym miała zdobyć jakiś zakazany owoc. W domowej bibliotece mimo pokaźnych zbiorów tej pozycji akurat brak (moi rodzice dzielnie znoszą moje prośby o podsyłanie książek), znajomi też nie mają, ci w Japonii również. Możemy się pochwalić, że jest biblioteka w ambasadzie polskiej w Tokyo, takie łał! Ale na tym chwalenie się kończy, bo na mój e-mail sprzed tygodnia nikt nie opowiedział, a z tego co pamiętam to była czynna tylko w środy w takich godzinach, że mogę zapomnieć o jej odwiedzeniu. Ktokolwiek płaci na to grube pieniądze to lepiej niech się nie ośmiesza, bo to nie ma sensu w takim zakresie w jakim działa. Ah... biblioteka? co ja mówię... czytelnia. Przecież nie można wypożyczać książek tylko czytać na miejscu. Liczę na to, że jestem jednak w błędzie i coś się zmieniło od ostatniego czasu.

Zdjęcie na dziś to widok przez moje gabinetowe okno na uczelni.

Chcę go wam pokazać, bo niedługo zniknie. Nie drzewa, ale okno. Nie potrafię sobie poradzić z hasłem, który się przez nie przedostaje do środka niezależnie od tego czy okno jest otwarte czy nie. Chciałam to cicho załatwić w sekretariacie, ale razem z sekretarką przydreptał dziekan, były dziekan i szef konserwacji uczelni... i jeden profesor po drodze się napatoczył. Wszyscy mocno słuchali, wytężali zmysły i przytakiwali jeden po drugim, że tak, tak. Taki ciągłe buuuuuczenie jest męczące. Rozwiązanie jest bolesne, ale jeśli ten hałas się utrzyma to zacznę szukać nowej pracy. Mianowicie zabiją okno czymś coś redukuje dźwięki. Mam nadzieję, że nie będzie jak z naprawą zamka w drzwiach. Zamek działa, ale teraz drzwi nie mieszczą się we framudze i trzeba mocno dopchnąć, żeby zamknąć. I takie rzeczy mi nie przeszkadzają. Ale tyle lat w mieście do niczego mnie nie przyzwyczaił. Ze wsi jestem i kiedyś w końcu na nią wrócę. Cieszę się i płaczę równocześnie, bo to okno jest największym plusem mojego gabinetu. No cóż, nie można mieć wszystkiego, ale można cieszyć się z tego co się ma. 

Na przykład z lokalnego targu rybnego, gdzie pana za stoiskiem można poprosić o wypatroszenie świeżej rybki na miejscu.

Komentarz obrazkowy

0meredith

Tak wygląda właśnie pora deszczowa, tsuyu, jakby się ktoś zastanawiał. Na szczęście nie leje, tylko jak na razie popaduje sobie delikatnie.

I stało się lato - skrót pogodowy

0meredith

Tak to tutaj się dzieje. Jest tak sobie, ni to zimno, ni ciepło i nagle budzę się rano zlana potem, bo za oknem morze ognia. Stało się lato. Póki wilgoć do tego nie dołączy, jak dla mnie może być. Ale wygląda na to, że pora deszczowa chyba nadchodzi...

0.5 kg na głowę

0meredith

Świat z pewnością zbliża się ku końcowi jeśli w miesięczniku motoryzacyjnym wydawanym przez Japoński Związek Samochowy jest cały artykuł poświęcony modzie męskiej na kemping. Moda na biwak... Świeże gaciory i śpiwór. Ot moda. A nie...

Fartuch do gotowania bije na głowę aboslutnie wszystko. Mam nadzieję, że nie zapomnieli o olejkach ekerycznych na komary, piance do golenia i perfumach, żeby w lesie dobrze się prezentować. Jeszcze jakiś lokalny zając się napatoczy, a trzeba trzymać 'klasę', nie ma że odpoczynek. W oczach Japonczyków muszę być prawdziwym barbarzyńcą. Kiedy wybrałam się na jednodniową wspinaczkę to wzięłam wodę i trochę mocno zgniecionego ryżu (onigiri). Brak kocyka, maty, mini butli z gazem, specjalnych podkolanówek i czapki na głowie pewnie niejednych wyprowadził z rytmu chodu. Pomyśleli, że jestem laikiem i nie wiem co robię. Mało tego pewnie za kolejnym zakrętem zobaczą mnie ponownie - pomyśleli - (bo wszystkich wyprzedzałam) zdyszaną i wycieńczoną. A jednak nie... tych co wyprzedziłam już więcej nie widziałam.

Aby otrząsnąć się z modowego szoku poszłam na lunch. Lekki, bo soba na zimno z odrobiną tempury w niskiej cenie. Tego było mi trzeba. Zapłaciłam, czekam.

- Szanowny klient numer 12... [to ja]
- Tak?
- Procja ma 500 g, czy to nie problem?
- Nie...

Pani znika w kuchni kątem oka patrząc na moje niespełna 50-kilowe ciałko w marynarce i obcisłych spodniach gdy z powrotem siadam na krześle. Wtedy dochodzą do mnie słowa... 500 g... 500... 0.5 kg... Soby na zimno? 0.5 kg makaronu na zimno?!

W sekundę później uśmiechnięty pan z kuchni wykrzykuje mój numerek i już odbieram tacę z górą klusek. Jeszcze szybka ocena miejsca. Gdzie ja w ogóle weszłam? Ah tak... żadnej innej kobiety. I chyba ta sterta żarcia przede mną mówi sama za siebie.

Wiosłuję więc pałeczkami łapczywie chwytając spojrzenia panów mojego wzrostu ze zdecydowanie większymi gabarytami, którzy odstawiają niedojedzone porcje.

Ja nie dam rady?

Teraz muszę jeść najbardziej normalnie, jakby to było coś co robię codziennie. 0.5 kg makaronu. Spokojnie kończę ostatnie kęsy i ze zwycięskim wyrazem twarzy wychodzę wolnym, ale zdecydowanym krokiem przez drzwi, aby niesporzeżenie doturlać się do stacji. Dobrze, że to zimna soba. Już w pociągu połowa strawiona i czuję się zupełnie normalnie. Z ryżem nie dałabym rady. Kto by pomyślał... takie niepozorne miejsce.

© Edith na tropie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci