Menu

Edith na tropie

Japonia - codzienne życie za wielkim kontynentem

Sobotnie poranki

0meredith

Otwieram oczy. Ciemno, jeszcze trochę. Mam wrażenie, że nie śpię, ale przecież coś mi się śni. Budzik. Czas wstawać, jest 5:15, za oknem granica pomiędzy nocą a dniem, niby ciemno, ale jakby jaśniało. Zanim wyskoczę z łóżka przez dwie minuty sprawdzam pocztę i odpisuję na wiadomości, a potem jak zwykle zabraknie mi tych dwóch minut i będę dobiegała na stację. Muszę zacząć nastawiać budzik na 5:13. Działam jak robot. Wrzucam na siebie strój, myję twarz, jem banana, pakuję jedzenie i wodę, bo wszystko jest już w torbie koło drzwi. Ubieranie, mycie zębów, zakładam kolczyki, telefon i karta miejska do kieszeni i jestem gotowa do wyjścia. Byłabym szybsza, ale rano działam na spowolnionych obrotach. 5:40. Zakładam trampki i wychodzę.
Jest już jasno mimo, że niebo spowiły chmury. Dobrze. Nie spalę się przynajmniej słońcem. Moje stopy już powoli zaczynają wyglądać jakbym miała ciągle ciemne skarpetki. W połowie drogi dociera do mnie, że całkiem sporo się dzieje na ulicy. Wolę chyba jeździć wcześniejszym pociągiem. Teraz jeżdżą już samochody, ludzie chodzą we wszystkie strony. Tylko gdzie, skoro jest sobota, a wszystko jest jeszcze zamknięte? Jedyne otwarte miejsce to japoński fast food i na pół otwarty sklep z ręcznie robionymi słodyczami. Pewnie przygotowują mochi. Jestem już blisko stacji, kiedy orientuję się, że muszę przyspieszyć kroku jeśli chcę zdążyć na pociąg. Wpadam na peron kiedy wagony z żółtą linią na boku wjeżdżają na stację, ale muszę przyznać, że nigdy się jeszcze nie spóźniłam. Czy tu kiedyś nie ma ludzi? Prawie nie ma gdzie stanąć. Kto jeździ do Chiba o tej porze? Odliczam przypadki po całonocnej imprezie, a ich jest chyba najwięcej. Jakaś dziewczyna ma podklejone powieki, żeby jej oczy wyglądały na większe. Kiedy tak śpi z głową opartą o przypadkowego chłopaka (też śpiącego zresztą) jej telefon desperacko balansuje na kolanie trzymany w dwóch palcach. Jakiś starszy pan łapie za kolano inną starszą, śpiącą panią i dałabym głowę, że to małżeństwo, gdyby nie fakt, że on nagle wysiada, kiedy ona jeszcze śpi.
Za godzinę będę w Toke, potem jeszcze godzina samochodem. Jak dojedziemy wrzucę na siebie piankę, deska pod pachę i wskoczymy do oceanu łapać fale. Na dobrą sprawę może ich nawet nie być. Uczucie odcięcia się od miasta, brak zegarka, telefonu, odgłos morza i jedynie woda na horyzoncie. Tak bardzo często wygląda połowa mojej soboty. Zawsze warto.

surf

Czekoladki za jaja

0meredith

Słyszę pukanie do drzwi.
„Proszę”
W drzwiach staje Tom, znajomy profesor z uczelni. Podchodzę do niego zza biurka:

- Co słychać?

- Zakochałem się w tobie – mówi i szczerząc się wyciąga czekoladki w kształcie serec w kiepskim, plastikowym pudełku również w kształcie serca. Takie pudełko, które jest od góry przezroczyste i tak szczelnie zaklejone, jakby celem czekoladek była dekoracja a nie konsumpcja.

- Jak to? – pytam śmiejąc się niepewnie, choć oczywiście wiem, że to żart.

- To czekoladki za to, że masz jaja. Za to co napisałaś na temat obozu.

(A kilka dni wcześniej napisałam do wszystkich, że nie pojadę na obóz integracyjny studentów pierwszego roku studiujących po angielsku, jeśli nie będę miała przydzielonego zadania lub prezentacji. Jeżdżę co pół roku, bo standardowy jest w kwietniu wraz z początkiem nowego roku akademickiego, a drugi dla studentów studujących po angielsku, ponieważ ich rozpoczęcie studiów dopasowane jest do światowych standardów. W kwietniu zawsze mam prezentację dla nowego narybku i aktywnie w czymś uczestniczkę. Jesienią natomiast jestem prawie jak mastkotka mimo, że to właśnie większość swojego czasu poświęcam wykładom w języku angielskim. Jadę i jestem uwięziona w górach na dwa dni. W górach, do których nie mogę wyjść i w których nie bardzo nawet mogę popracować. Do tego są tam gigantyczne pająki.)

- Dzięki! – tym razem śmieję się szczerze w głos – Ale wyobraź sobie ile osób mówi teraz: „a to smarkula; pracuje tutaj zaledwie 2.5 roku, a myśli, że wszystko może”.

- A pomyśl, ilu Japończyków teraz myśli: „ona może to zrobić bo jest gaijinką; ile bym dał, żeby móc tak powiedzieć i tam nie jechać”. I naprawdę nie jedziesz?

- Naprawdę. Mam ciekawsze rzeczy do roboty niż patrzeć się jak pierwszy rok się integruje. Pojechałabym... ale nie lubię bezczynności.

- Gratulacje!

***

Czekoladki były okropne, ale przecież nie o to chodzi. Mam jaja! Zjem i złe czekoladki.

Sannou Matsuri

0meredith

Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem trafiłam rankiem na matsuri. Dojechałam sporo przed 9 rano i wolnym krokiem ruszyłam ze stacji na uczelnię, ale tuż po wyjściu z podziemi moją uwagę przykłuli policjanci. Było za wcześnie na ich kierowanie ruchem (zazwyczaj wychodzą w godzinie szczytu) i zdecydowanie za wcześnie na protest. Swoją drogą to protesty często właśnie tędy się przewalają, a wygląda to tak: kilku skandujących Japończyków z odręcznie napisanymi hasłami, dookoła nich z dziesięcu policjatów i dwa razu tylu dziennikarzy.

Przeszłam na drugą stronę ulicy i moim oczom ukazał się mnich w odświętnym wdzianku stojący na czerwonym świetne na pasie, gdzie powinny być samochody. Tak to czasem wszechświat się zgra, że trafiłam dokładnie na początek parady z Sannō Matsuri, która trwała dość długo idąc dzielnie ulicami nowoczesnego Tokyo i obserwowana przez mijających ją sąsienimi pasami kierowców. Ludzie w drodze do pracy (w tym ja) zatrzymywali się na chodniku robiąc zaciekle zdjęcia telefonami.

Sannō Matsuri (Festiwal Sannō) jest jednym z głównych festiwali shinto w Tokyo. Cały festiwal obejmuje nie tylko paradę złożoną de facto z 300 osób, która wolnym rytmem przetacza się przez Chioyoda-ku, ale trwa blisko tydzień łącząc różne drobniejsze zajęcia. Jest to znaczący festiwal, gdyż był dopuszczony przez shoguna, kiedy ten wkraczał do zamku Edo podczas ery Edo (1603-1867).

Oto skrót tych 600 metrów tradycji, które trwają blisko 10 godzin (tak, tak; to nie jest spacer przez trzy ulice)

 

I tyle po drzewkach

0meredith

Odebrałam swoją wizę do Iranu i za półtora miesiąca wsiadam opatulona w hijab w samolot i wybywam na dwutygodniowe wakacje. Podobno mają tu panować jakieś niestworzone upały w tym roku, ale nie jestem pewna czy przebiją Iran. Wiza jest nadzwyczajnie nieczytelna, bo zapisana w całości w farsi (perskim). Jedyne co potrafię odczytać to daty jej ważności. Nie martwi mnie to za specjalnie, bo tyle wystarczy mi wiedzieć przecież. Lot wykupiony, a teraz się dokształcam. Odświeżyłam filmy z przeszłości takie jak 'Persepolis' i wzięłam się za literaturę. Z tym gorzej, bo chciałam za namową H. przerobić Kapuścińskiego 'Szachinszach', ale ciężko mi go dostać za wielkim kontynentem. Czuję się trochę jakbym miała zdobyć jakiś zakazany owoc. W domowej bibliotece mimo pokaźnych zbiorów tej pozycji akurat brak (moi rodzice dzielnie znoszą moje prośby o podsyłanie książek), znajomi też nie mają, ci w Japonii również. Możemy się pochwalić, że jest biblioteka w ambasadzie polskiej w Tokyo, takie łał! Ale na tym chwalenie się kończy, bo na mój e-mail sprzed tygodnia nikt nie opowiedział, a z tego co pamiętam to była czynna tylko w środy w takich godzinach, że mogę zapomnieć o jej odwiedzeniu. Ktokolwiek płaci na to grube pieniądze to lepiej niech się nie ośmiesza, bo to nie ma sensu w takim zakresie w jakim działa. Ah... biblioteka? co ja mówię... czytelnia. Przecież nie można wypożyczać książek tylko czytać na miejscu. Liczę na to, że jestem jednak w błędzie i coś się zmieniło od ostatniego czasu.

Zdjęcie na dziś to widok przez moje gabinetowe okno na uczelni.

Chcę go wam pokazać, bo niedługo zniknie. Nie drzewa, ale okno. Nie potrafię sobie poradzić z hasłem, który się przez nie przedostaje do środka niezależnie od tego czy okno jest otwarte czy nie. Chciałam to cicho załatwić w sekretariacie, ale razem z sekretarką przydreptał dziekan, były dziekan i szef konserwacji uczelni... i jeden profesor po drodze się napatoczył. Wszyscy mocno słuchali, wytężali zmysły i przytakiwali jeden po drugim, że tak, tak. Taki ciągłe buuuuuczenie jest męczące. Rozwiązanie jest bolesne, ale jeśli ten hałas się utrzyma to zacznę szukać nowej pracy. Mianowicie zabiją okno czymś coś redukuje dźwięki. Mam nadzieję, że nie będzie jak z naprawą zamka w drzwiach. Zamek działa, ale teraz drzwi nie mieszczą się we framudze i trzeba mocno dopchnąć, żeby zamknąć. I takie rzeczy mi nie przeszkadzają. Ale tyle lat w mieście do niczego mnie nie przyzwyczaił. Ze wsi jestem i kiedyś w końcu na nią wrócę. Cieszę się i płaczę równocześnie, bo to okno jest największym plusem mojego gabinetu. No cóż, nie można mieć wszystkiego, ale można cieszyć się z tego co się ma. 

Na przykład z lokalnego targu rybnego, gdzie pana za stoiskiem można poprosić o wypatroszenie świeżej rybki na miejscu.

Komentarz obrazkowy

0meredith

Tak wygląda właśnie pora deszczowa, tsuyu, jakby się ktoś zastanawiał. Na szczęście nie leje, tylko jak na razie popaduje sobie delikatnie.

© Edith na tropie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci