RSS
wtorek, 21 lutego 2012
Freeterzy w Tokyo

Jak w każdym społeczeństwie, japońskie też ma swoje problemy. Podesłany w komentarzach mojego blogu dokument jest naprawdę ciekawy i polecam obejrzenie. Pewne problemy nie dotyczą tylko Japonii, jak zapominanie o dziedzictwie kulturowym i wyzysk pracownika. Porusza problem, który chodził mi po głowie już od dłuższego czasu, ale nie wiedziałam jak to ująć w słowa. Poza tym co ja mogę powiedzieć. Jestem tu gaijinem, nie mieszkam od zawsze i naprawdę ciężko jest ocenić taki system w biegu. Czuję, że nie do końca mam prawo krytykować. Ale od początku przeraził mnie ogrom pracy młodego pokolenia. Córka mojej bliskiej znajomej nie opuściła ani jednego dnia w szkole średniej (3 lata). Ani jednego dnia! Nawet jak była chora to szła do szkoły, w sumie to chyba non stop się uczyła, ale nie udało się jej dostać na studia, bo konkurencja. W tym roku podjęła egzaminy jeszcze raz i udało się. Ale co by się stało jakby była takim przeciętym uczniem, który opuszcza zajęcia i mało się uczy? Już chyba pisałam jak wygląda szukanie pracy (rok przez ukończeniem szkoły). Nie lubię wpadać w system, dlatego w tym państwie jest czasem ciężko. Niedopasowanie się do systemu może oznaczać brak akceptacji społecznej. Można się oczywiście ze wszystkim nie zgodzić i mnie przechrzcić, ale właśnie postrzegam tak po części Tokyo, które poza technologią, ściągnęło mnie wspaniałą kulturą i wspaniałymi ludźmi, których przyszło mi poznać. Cały czas powtarzam, że nie wiem gdzie chcę mieszkać.Uważam też, praca całe życie w jednej firmie nie jest niczym złym. Większość ludzi naprawdę potrzebuje takiej stabilizacji, żeby spokojnie funkcjonować i nie podoba mi się pewna wypowiedź młodego Japończyka, który twierdzi, że przestrzeganie zasad to głupota. To jest zdecydowanie temat rzeka. To jest jego opinia, każdy może mieć inną.

Całe to zamieszanie w mojej głowie bardzo mnie w pewnym sensie z tą grupą utożsamia, choć chciałabym mieć spokojny etat, ale bez szalonej pracy. A jeśli będę uwielbiała to co robię? To czemu mam nie pracować całe życie w jednym zawodzie?

W niedzielę odwiedziłam moją japońską rodzinę i oglądaliśmy jakiś program w telewizji o tym, które państwo na świecie jest najsympatyczniejsze. Wybrano Japonię, Chiny, Amerykę i Sudan do oceny. Jakiś mało sprytny Japończyk szedł z pomarańczami i je 20 razy upuszczał. Na przykład w Chinach pomogła mu je zebrać tylko jedna kobieta na te 20 przypadków. E Japonii wybrano Kyoto i za każdym razem ludzie 'rzucali' się do pomocy. Wymcknął mi się komentarz, coby zrobili to samo w tokijskim metrze, a ciekawa jestem ile ludzi by się chociażby popatrzyło. Moja rodzina dodała swój komentarz: 'Tylko w Japonii możliwy jest tak głupi program'.

Jaki czas temu na blogu Życie po kolumbijsku Monika świetnie zdeklarowała własne przekonania na temat kredytów na mieszkania, stałej pracy i pędu do rodzenia dzieci. Podpisuję się pod tym obydwiema rękami, bo to jak słowa wyciągnięte z mojej głowy.
Ten dokument przy okazji przypomniał mi jak kiedyś oglądałam w japońskie telewizji program o problemach pewniej polskiej rodziny, która musi wyżyć za marne pieniądze z ośrodka pomocy społecznej, bo ojciec jest alkoholikiem, a matka nie możne znaleźć pracy, przez brak wykształcenia.

Mimo wszystko na razie dobrze mi się tu mieszka i Japonia jak dla mnie zbiera więcej plusów niż minusów. Jestem otoczona wspaniałymi ludźmi, a społeczeństwo mam niebagatelny wpływ. Osobiście nie mam na co narzekać, poza brakiem tych najbliższych dookoła mnie.

Zachęcam do obejrzenia.

 

05:09, 0meredith
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 lutego 2012
Morze czekolady

Co lepszego jest od czekolady? Duuuużo czekolady!

Spóźnione zdjęcia walentynkowe.

Tłustego czwartku w Japonii nie ma, ale ogrom słodkości pochłania się na walentynki, kiedy to płeć żeńska winna obdarować męską czekoladkami. Największe wzięcie mają ręcznie robione. Ciasta czekoladowe też się liczą. Zapominając o tym szczególe wybrałam się po cukier puder właśnie w walentynki. Absolutnie nigdzie w okolicy nie udało mi się go znaleźć. Odkryłam za to kilka innych bajerów otaczających mnie sklepów. 

Wszędzie czekolada.

Cukier puder w różnych kolorach, topping, który po dodaniu wody zmienia się w krem itp.

Czekoladki w pięknych pudełkach i bajecznych kształtach.

A 90% z nich wykupiona.

Tagi: Walentynki
06:49, 0meredith
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 13 lutego 2012
Lost in Tokyo
Tagi: Tokyo
17:32, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lutego 2012
O kelnerze, który zwiedzał Rybnik

W Polsce raczej zdecydowana większość wie, czym jest Japonia. Nawet jakby mieli problem ze zlokalizowaniem jej na mapie to mam wrażenie, że ogólnie wiedzę jakąś tam się ma. Albo nawet, co się tam/tu je. Tymczasem kto z państwa wskaże mi na mapie Rybnik? No proszę. Pani nie, bo pani mieszka za blisko. A co jest w Rybniku? Właśnie. Bo ja wskazać umiem, ale co tam można zwiedzać, to musiałam się wujka Googla zapytać. W międzyczasie mojego zachodzenia w głowę o atrakcyjności Rybika są tacy, którzy oddali by krocie, żeby tylko pojechać do Polski, lub pojechać po raz kolejny. Na przykład pani, która uczy się naszego ojczystego języka, bo wycieczka po Polsce to było za mało. A najbardziej podobał jej się Rybnik, bo ma tam koleżankę. Wtedy jeszcze nie otwierałam Wiki. Ale otworzyłam i to bardzo szybko jak tylko wróciłam do domu po zjedzeniu bombastycznego sushi.

Prowadzona od trzech pokoleń, schowana u krańca bocznej uliczki, nieznana turystom i prawie niedostępna bez rezerwacji. W tym wszystkim cena niewygórowana. Restauracja sama w sobie nie jest nadzwyczajna, ale sushi i sashimi tam podawane jest, zdecydowanie jest.

Na początku kelnerzy nie uwzględnili, że ja ich mowę nieco kumam. Gdy to się jednak stało, po szeregu pytań padły znamienne słowa:

- Znam kilka słów po polsku! - pan sushi-master.
- Taaak? Jakie? - ja, przełykając dość szybko porcję kałamarnicy.
- Bo byłem w Rybniku - pan sushi-master ucieszył się pełną gębą, bo przecież zaraz po tym miał zaprezentować swoje umiejętności języka polskiego, a ja niemal nie udławiłam się słysząc Rybnik po raz drugi w ciągu tygodnia.
I kiedy jeszcze nie odpowiedziałam sobie na pytanie "Co kurna jest w Rybniku?" usłyszałam:
- Dzień dobry jeb*na Polsko - uśmiech numer dziesięć.

Nie miałam się już czym udławić, a banan sam mi się narysował na twarzy. No tak, mogłam się domyśleć co będzie umiał po wizycie w Polsce.

- I znam jeszcze...

Ja modlę się coby nie posypał mi jakąś mocną wiązanką...

- Ale zima. Zimno jak w ch***
- Hahaha! Nie jest to piękny zwrot, ale w tym roku pewnie wszyscy Polacy bez wyjątków przyklasnęliby.

Pan sushi-master pozdrawia, a ja na pewno tam wrócę jak będę w okolicy, choćby po to, żeby dopytać się o ten Rybnik.

niedziela, 05 lutego 2012
Święto rzucania się fasolką

Czyli Setsubun (setsu - sezon, bun - część). Jest to ostatni dzień zimy wg tradycyjnego japońskiego kalendarza. Ostatni... No nie wiem, jak na moje oko to tyłki nam tu jeszcze zmarzną. Trzymając się wyjaśnień, setsubun rozpoczyna sezon wiosenny. Sucha fasolka to znak szczęścia i rzucanie nią ma przynieść go jeszcze więcej, a odgonić nieszczęście. Zwyczaj każe co by pójść do świątyni i pozwolić się być obsypanym przez mnichów, dodatkowo łapiąc ziarenka, które potem należy skonsumować. Sam zwyczaj rzucania nazywa się mamemaki. Dla bardziej leniwych, zapracowanych i zapominalskich mame (fasolkę) można najzwyczajniej kupić w sklepie w specjalnym opakowaniu. Biznes musi się kręcić. A żeby kręcił się jeszcze bardziej na takie sypanie zapraszam się idoli japońskiej muzyki, aktorów i popularne osoby, które rzucą dwa razy w publikę, pomachają, pouśmiechają się do aparatów, komórek i kamer. Ich 'występ' trwa 5 minut, świątynię nawiedzają tysiące (nie przesadzam), jedzenia nie nadąża się sprzedawać. Tradycja podtrzymana. I wilk syty i owca cała.

W domu należy wciągnąć co najmniej tyle ziarenek, ile mamy lat. Co więcej, takim suchym szczęściem można sobie podsypać dom, jego wejście, mieszkanie, co tam się chce. Pomyślałam... no chyba kogoś pogięło. I potem jeszcze może mam ją zbierać i zjeść. A jednak! Widziałam na własne oczy człeka obsypujące wejście do swojego sklepu. Mam nadzieję, że nie zamierzał jej potem konsumować.

Ja ilość odpowiednią swojemu wiekowi zjadłam, a nawet więcej, więcej, więcej... tak, że obiad miał problemy ze znalezieniem miejsca.

Przy całym tym zapychaniu się suchą bobowatą ważną rolę odgrywa wielka przystawa - ehoumaki. Jest to długie sushi-maki z siedmioma składnikami. Wieść głosi, że nie ma znaczenia jakimi, o ile trzymamy się szczęśliwej liczy siedem. Kojarzy mi się to z Wigilią, gdzie liczy się skrupulatnie 12 potraw, a jak czegoś nagle brakuje to przecież można policzyć ciasto, a jakby było za dużo to ciasto na przystawkę. Ehoumaki pochodzi z rejonu Kansai (Osaka, Kyoto), ale teraz jest popularna wszędzie. Biznes w końcu.

Bardzo ważne, żeby nie pociąć go na kawałki, bo co potem zrobić z takim pociętym szczęściem?

Ów giganta zjada się w kompletnej ciszy z głową skierowaną w stronę szczęścia. Strona ta zmienia się co roku i tym razem był to nieco mniej dziki zachód, mianowicie NNNW (północny, północny, północny zachód). Jak dla mnie zerkając w stronę produkcji najlepszej sake i ryżu - Niigata. Niewątpliwie strona szczęścia.

A na dokładkę dnia mocnego wrażeń udon z jajkiem, szczypiorem i shichimi tougarashi.

czwartek, 02 lutego 2012
Bardzo dobre pytanie

O ironio. Całkiem nie tak dawno wrzuciłam link do lekcji noblowskiej, a dokładnie wczoraj mój japoński kolega mówił o niej. Dziś rano przywitał mnie powiew chłodu, choć za oknem słońce pełną gębą ogrzewało schłodzone nocą budynki. Strona wiadomości wydawała się być dość monochromatyczna pod radosnym zdjęciem naszej wielkiej poetki. Czuję, że jej znane w mediach zdanie powtórzę kilka razy na własnej obronie: to jest bardzo dobre pytanie, ale muszę się nad tym zastanowić. 

Lubię i cenię jej poezję. Na maturze trafił mi właśnie taki, wisławowski wiersz do analizy. Tak, jeszcze stary system jestem i sobie wycyrklowałam analizę wiersza, bo taki temat był dla mnie dość prosty. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć jaki to był, ale jeden z czasów licealnych utkwił mi w pamięci.


MILCZENIE ROŚLIN

Jednostronna znajomość między mną a wami
rozwija się nie najgorzej.

Wiem co listek, co płatek, kłos, szyszka, łodyga,
i co się z wami dzieje w kwietniu, a co w grudniu.

Chociaż moja ciekawość jest bez wzajemności,
nad niektórymi schylam się specjalnie,
a ku niektórym z was zadzieram głowę.

Macie u mnie imiona:
klon, łopian, przylaszczka,
wrzos, jałowiec, jemioła, niezapominajka,
a ja u was żadnego.

Podróż nasza jest wspólna.
W czasie wspólnych podróży rozmawia się przecież,
wymienia się uwagi choćby o pogodzie,
albo o stacjach mijanych w rozpędzie.

Nie brakłoby tematów, bo łączy nas wiele.
Ta sama gwiazda trzyma nas w zasięgu.
Rzucamy cienie na tych samych prawach.
Próbujemy coś wiedzieć, każde na swój sposób,
a to, czego nie wiemy, to też podobieństwo.

Objaśnię jak potrafię, tylko zapytajcie:
co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.

Ale jak odpowiadać na niestawiane pytania,
jeśli w dodatku jest się kimś
tak bardzo dla was nikim.

Porośla, zagajniki, łąki i szuwary –
wszystko, co do was mówię, to monolog,
i nie wy go słuchacie.

Rozmowa z wami konieczna jest i niemożliwa.
Pilna w życiu pospiesznym
i odłożona na nigdy.

(Poznań, 1996)

czwartek, 26 stycznia 2012
Tokyo...

Mimo ogromu ludzi tłoczących się wszędzie i o każdej porze są chwile, kiedy można poczuć się totalnie wyobcowanym i przygniecionym przez betonowe konstrukcje.

Pędząc autostradą, oddzieloną dźwiękowymi ekranami, przez zabudowę tej metropolii przypomina mi się często moment z Matrix'a, kiedy Neo wylądował w mieście maszyn, a tam ani żywej duszy wokół niego.

Gdy się z niej zjeżdża w głąb pojawiają się tłumy. Sklepy, restauracje, biura, miejsce recyclingu papieru...

A gdy się ściemnia, gra świat nigdy nie śpiącego miasta, którą naprawdę ciężko uchwycić w biegu, może zachwycić. Trzeba tylko o niej pomyśleć i podnieść nieco głowę znad chodnika.

A jak już się głowę podniesie, można nawet znaleźć trochę miłości. Tak po prostu, na ulicy.

Tagi: Japonia Tokyo
06:36, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Dzień bez radia

No niestety... słuchawki mi padły. Muszę kupić baterie, które można będzie doładować. Miałam już dawno, ale moja anty-miłość do zakupów zawsze bierze górę. Gdyby nie fakt, że dostawa będzie mnie kosztowała tyle, co baterie, to już byłby w drodze. Tymczasem mój Quiet Comfort niechybnie musi poczekać. Dopóki nie zbiegną się wszyscy dopóty dam radę. A jest taka szansa, że obecność nie wzrośnie powyżej obecnych 50%, bo

1. jest zimno
2. pada
3. zaczął się czas egzaminów
4. pada

Nie, nie pomyliłam się pisząc dwa razy o deszczu. Bo zimny deszcz, że o śniegu nie wspomnę, demotywuje moich znajomych potomków samurajów najbardziej.

Zaczął się też czas przygotowań do obron. Już za dwa tygodnie masterzy, czyli przyszli magistrzy podsumują dwa lata pracy w 10 minut (a może jednak to było 12), a dwa tygodnie po nich inżynierowie w 7 minut. Już za tydzień słuchanie prezentacji, poprawki, słuchanie prezentacji, więcej poprawek, słuchanie, chwila na sen, prezentacja i powrót z nomikami o północy. Przedsmak już miałam siedząc wczoraj (niedziela) w lab do 1:30 w nocy. Mimo tego, jak bardzo szaro, strasznie i depresyjnie brzmi powyższa kwestia, to muszę przyznać, że  bardzo ją lubię. Lubię mieć możliwość pomocy i naprowadzenia ich na dobry trop, szlifowania z nimi prezentacji. Nawet lubię zostawiać tak późno w lab o ile wiem co robię i po co.

A tak. Co z tym radiem. Radia słucham przez internet i oczywiście w słuchawkach.

07:29, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 stycznia 2012
Pobudka za 10 000 jenów

- Hej...
- ... (szmer)
- Obudziłam cię?
- Aaa... (ujście powietrza)
- Przepraszam (myśląc: już przecież 10:00)
- Nie. Dobrze, że mnie obudziłaś, bo już powinienem dawno wstać - w słuchawce słychać drobne ziewnięcia i lekko pozbawiony energii głos.
- To zaraz postawię cię na równe nogi. Byłam w waszej ambasadzie i skasowali mnie niemal 10 000 jenów (ok. 440 zł) za to, że nie jestem Japonką!
- Wiem! - teraz już słychać wyraźne przebudzone okrzyki po drugiej stronie. - Przepraszam, wiem o tym!
- Nie przepraszaj mnie. Chyba, że kasa trafia do twojej kieszeni to stawiasz mi niezły obiad.
- Ja wiem. Indyjska wiza nie jest warta tej kasy. Z żadnej strony, w żadnym czasie, o żadnej porze. Oni po prostu są chciwi.
- Ale za 2 tygodnie będzie. Dobrze, że już wstałeś.

Odkładam słuchawkę i jestem nieco sfrustrowana, bo nie jest to jasno napisane na stronie ile zabrać i czy w ogóle coś trzeba płacić (albo za mało szukałam), a przy okienku oczekują 9 135 jenów dokładnie odliczonych. Ale to nieokreślone uczucie szybko mija gdy przypominają mi się okienka interesantów w kształtach niczym z baśni tysiąca i jednej nocy, z niebieskimi liniami nad chmurkowatym rzeźbieniem. Wpatrując się w oczekiwaniu na swój numerek zachwycałam się tym lekkim kiczek. Jest prosty, tradycyjny, słabo i na odwal wykonany, a zarazem taki przyjemny dla oka i domowy. Nie wszędzie musi być mauzoleum z marmuru czy amerykańska barykada z pięcioma strażnikami obserwującymi każdy twój ruch po wejściu. Gdyby istniał tylko taki świat, podróże nie miałyby sensu, bo wszechobecny betonowy smutek przyprawiłby największych optymistów o depresję.

Jadę. Wracam na kampus, na którym nikt nie ma pojęcia gdzie jestem i co robię. Wielkie budynki wyrastające znikąd powoli stają się mniejsze. Trzymam w ręku plastikowy folder po dokumentach. "Wiza za 10 000 jenów... jeden man..." - rozmyślam. Wczoraj kupiłam stół i dwa krzesła za połowę tego. Fakt, używany, ale w nieskazitelnym stanie. "Jak dla mnie jest warta więcej. Dużo więcej." I chwilowa frustracja wynikająca z mojego nieprzemyślanego nieprzygotowania zmienia się w powiew radości, uśmiech. Za dwa miesiące będę jechała na zasłużone wakacje. Z dala od hałasu komputerów, całodobowych konbini i punktualnych pociągów. Tego właśnie będę wtedy potrzebowała. Wrzucić na siebie sari i najeść się curry aż do przesady bez zastanawiania się kiedy mam ostatni pociąg.


Tagi: Indie
08:24, 0meredith
Link Komentarze (7) »
środa, 18 stycznia 2012
Torebka z 1497 roku

Dziś natknęłam się na ciekawy artykuł o tym jak to mistrz Da Vinci myślał dniami i nocami nad wszystkim co go otaczało projektując nawet ubrania. Artykuł wcale tak nie podsumowuje, ale jak inaczej nazwać tak rozbieżne zainteresowania. A co mnie zainteresowało to sposób wykonania jego dzieła. W naszych czasach rzecz jasna.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22