Menu

Edith na tropie

Japonia - codzienne życie za wielkim kontynentem

Amami

0meredith

Jakbym powiedziała, że cieszę się, że jestem w pracy wszyscy uznaliby mnie za pracoholika, ale po długiej przerwie naprawdę lubię wracać do pracy. Cieszy mnie uczenie i ciągłe wyzwania. Więc dziś od świtu działam. Po niedzielnym wyjściu w góry czułam się odświeżona umysłowo i bardzo zdeterminowana do działania. Rozciąganie na pobudzenie mięśni, smoothie na dzień dobry, ryż na śniadanie. Pozbierałam wszystko po pracy, suszone żurawiny na przekąskę, gruszkę, lunch umówiony, więc nie muszę nic więcej nosić. Byłam pierwsza chyba nawet na naszym piętrze. Wszystko było idealnie do momentu kiedy odkryłam, że zapomniałam dysku z danymi z domu. Haha To pech, bo połowa pracy właśnie tym dysku, ale nie ma tego złego. Jest tyle innych rzeczy, że takie szczegóły mnie nie powstrzymają. Tak właśnie się czuję, kiedy mogę normalnie odpocząć. A normalnie oznacza z dala od miasta, w ciszy, w naturze. Nauczyciele też chodzą na wagary. Ja swoje zrobiłam zamiast pokazać się na festiwalu uczelnianym. Zamiast kolorowych cheerliderek, wykładów o efektywności naszego uniwersytetu, przerostu formy nad treścią, która z pewnością potrzebna jest studentom, moje oczy ujrzały raj na ziemi. Amami. Wiedziałam o niej już dawno, ale nasze drogi jakoś zawsze się rozchodziły. Japończycy często nie mają pojęcia, że mają tak piękną wyspę zaraz obok Okinway. Żadne słowa tego nie wyrażą. Czułam się jak dziecko, jakby niebo otworzyło się właśnie dla mnie. W taki stan wprowadziłam się już na lotnisku, kiedy nie zwróciłam uwagi na to, że samolot jest opóźniony i gdyby nie bilet nie wiedziałabym ile trwał lot. Przez 4 dni cieszył mnie każdy krok. Jakbym właśnie nauczyła się chodzić.

20161101_161050

20161103_123503

20161103_113650

20161101_154642

Jest 10 rano i czuję potrzebę zagłębienia się w kamery szybkiego ruchu, lokalne eksplozje i nowe artykuły o silnikach detonacyjnych, ale jeśli nie napiszę relacji z Amami, będę się czuła jak bez nogi. Zajrzyjcie za dwa dni

Trzęsienia ziemi, trzęsienia umysłu

0meredith

Nasza dzielnia zainstalowała nowy system ostrzegania przed trzęsieniami ziemi. Prawie jak gra! "Uwaga! Trzęsienie ziemi o skali 3.8 za 4, 3, 2, 1". Poszło. Taki system istnieje dawno, tylko nieco inaczej funkcjonuje. Mój telefon pełni tę funkcję wibrując i pikając krzyczy "Trzęsienie" jak opętany. Jeśli epicentrum jest dość daleko mamy kilka sekund przewagi. Niby tylko kilka sekund, ale jeśli miałoby się okazać, że idzie coś potężnego te kilka sekund może uratować życie. Można wskoczyć pod stół, otworzyć okno, drzwi (mogą się zablokować podczas trzęsienia). Ale oczywiście cywilizacja poszła o krok dalej i teraz to samo słyszę z głośników za oknem. Dobrze, że komunikaty zdarzają się bardzo rzadko, inaczej zgłosiłabym sprzeciw za zakłócanie ciszy. Czasem zdarza się jednak trzęsienie mniej fizyczne, ale bardziej emocjonalno-psychiczne, kiedy zdumiewam się, że muszę wydrukować na kartce dane składające się z dwóch słów i numerka, a potem (na szczęście nie osobiście) zanieść do finansówki (w XXI wieku, w trzeciej gospodarce świata) zamiast po prostu wysłać je mailem czy podać przez telefon. Nie wspomnę już, że do rozliczania się używam kleju, wklejając rachunki na odpowiednie druki. Powinien istnieć system, gdzie wszystko wstukuje się do komputera, z listy mogę wybrać kody, z niekończącej się listy kategorii, a potem dostarczyłabym tylko oryginały rachunków. W tym kraju faks chyba też nigdy nie umrze.

Ze spraw jeszcze bardziej przyziemnych dziś przeżyłam szok widząc dziewczynę w łazience, która lokowała sobie włosy. Ze zmrużonymi oczami myjąc ręce starałam odpowiedzieć sobie na pytania: po co? Ona ma na to czas? Przyniosła to z domu? Nie mogła tego zrobić rano w domu? Idzie na randkę? I znów... i niosła ten sprzęt ze sobą?! Kilka dni temu natomiast miałam szok emocjonalny. Pewien student mijając mnie zatrzymał się i zaczął ściągać słuchawki. Też się zatrzymałam i odwróciłam, bo wyglądało na to, że chodzi mu o mnie. I tak było. Powiedział: "Profesor Edyta? To co napisałaś w książeczce dla pierwszego roku było świetne! Bardzo motywujące i tylko chciałem powiedzieć, że to mnie zainspirowało". Poza tym był z innego wydziału. Dzień stał się lepszy. Kiedy opadam z sił pracowniczych i jedyne o czym myślę to wrócić do domu, takie momenty naprawdę pomagają. Dobrze, że przychodzą falami, nieczęsto. Wtedy właśnie mają dużą wartość i mnie też motywują.

 

Kobieta za sterami

0meredith

Tydzień minął bardzo szybko. Dni, w których miałam zapalenie krtani mogłaby nawet szybciej. Wypiłam mnóstwo suszonej lipy i ostatnie krople syropu z Polski i liczę, że do grudnia nic się nie wydarzy. Do grudnia, bo wtedy przyjeżdża osobista dostawa sera i leków na gardło. W Tokyo też liczę się jako słoik? Głosu tym razem razem nie straciłam. Jest to pełen sukces. Nie brzmię dobrze, ale wydaję dźwięki. 

W niedzielę pogoda chyba po raz ostatni w tym roku przypomniała nam o lecie. A może po prostu czekała z palącym słońcem na nasz grill? 

W drodze na uczelnię pewna Pani uczyła się kierować pociągiem. Dopiero po kilku stacjach trafiło do mnie, że to może być ciekawe zdjęcie na blog. Jak często widzicie jak wygląda taka sytuacja? Proszę, tak.

2016.10.03

Kiedy wysiadłam i szłam do biura myślałam: kobieta za sterami. Czy to jest dziwne? Nie wiem. Dla mnie nie. Też bym chciała spróbować.

Pewnie w ogóle bym nie zwróciła na to uwagi, gdyby nie społeczeństwo, które ciągle zadaje mi pytania w stylu: Jak sobie radzisz jako kobieta w Japonii? (Jak każdy) Jak się czujesz jako kobieta ucząca w męskiej branży? (A dlaczego jest to męska branża?) Skąd masz takie podejście do życia? (świeże bułeczki, pytanie z wczoraj) U ha! To pytanie za milion dolarów. Każdy chciałbym mieć jakiś złoty środek na wszystko. Mogę napisać gigantyczny elaborat dlaczego mam takie a nie inne podejście do świata, a i tak nie wiem czy będzie z tego złoty środek. A czy moje podejście jest dobre? Dla mnie jak najbardziej, ale nie wiem czy poleciłabym je każdemu. Ciekawe jest jednak to, jak otoczenie skłania nas do przyjęcia, że coś co było chlebem codziennym zupełnie niewyjątkowym staje się czymś z piedestału. 

Dziś kolejny dzień wykładów. Żadnego studenta nie będzie interesować moje podejście do życia, czy jestem kobietą czy mężczyzną, ani jakiego koloru sukienkę ubrałam, tylko jak zaliczyć mój przedmiot i kiedy jest kolejny test. 

p.s. Jeśli ktoś lubi szukać to w lewym dolnym rogu zdjęcia jest odbicie Japonki w sukince lalki trzymającej maskotkę. Ot zwykły dzień w Tokyo. 

Sobotnie poranki

0meredith

Otwieram oczy. Ciemno, jeszcze trochę. Mam wrażenie, że nie śpię, ale przecież coś mi się śni. Budzik. Czas wstawać, jest 5:15, za oknem granica pomiędzy nocą a dniem, niby ciemno, ale jakby jaśniało. Zanim wyskoczę z łóżka przez dwie minuty sprawdzam pocztę i odpisuję na wiadomości, a potem jak zwykle zabraknie mi tych dwóch minut i będę dobiegała na stację. Muszę zacząć nastawiać budzik na 5:13. Działam jak robot. Wrzucam na siebie strój, myję twarz, jem banana, pakuję jedzenie i wodę, bo wszystko jest już w torbie koło drzwi. Ubieranie, mycie zębów, zakładam kolczyki, telefon i karta miejska do kieszeni i jestem gotowa do wyjścia. Byłabym szybsza, ale rano działam na spowolnionych obrotach. 5:40. Zakładam trampki i wychodzę.
Jest już jasno mimo, że niebo spowiły chmury. Dobrze. Nie spalę się przynajmniej słońcem. Moje stopy już powoli zaczynają wyglądać jakbym miała ciągle ciemne skarpetki. W połowie drogi dociera do mnie, że całkiem sporo się dzieje na ulicy. Wolę chyba jeździć wcześniejszym pociągiem. Teraz jeżdżą już samochody, ludzie chodzą we wszystkie strony. Tylko gdzie, skoro jest sobota, a wszystko jest jeszcze zamknięte? Jedyne otwarte miejsce to japoński fast food i na pół otwarty sklep z ręcznie robionymi słodyczami. Pewnie przygotowują mochi. Jestem już blisko stacji, kiedy orientuję się, że muszę przyspieszyć kroku jeśli chcę zdążyć na pociąg. Wpadam na peron kiedy wagony z żółtą linią na boku wjeżdżają na stację, ale muszę przyznać, że nigdy się jeszcze nie spóźniłam. Czy tu kiedyś nie ma ludzi? Prawie nie ma gdzie stanąć. Kto jeździ do Chiba o tej porze? Odliczam przypadki po całonocnej imprezie, a ich jest chyba najwięcej. Jakaś dziewczyna ma podklejone powieki, żeby jej oczy wyglądały na większe. Kiedy tak śpi z głową opartą o przypadkowego chłopaka (też śpiącego zresztą) jej telefon desperacko balansuje na kolanie trzymany w dwóch palcach. Jakiś starszy pan łapie za kolano inną starszą, śpiącą panią i dałabym głowę, że to małżeństwo, gdyby nie fakt, że on nagle wysiada, kiedy ona jeszcze śpi.
Za godzinę będę w Toke, potem jeszcze godzina samochodem. Jak dojedziemy wrzucę na siebie piankę, deska pod pachę i wskoczymy do oceanu łapać fale. Na dobrą sprawę może ich nawet nie być. Uczucie odcięcia się od miasta, brak zegarka, telefonu, odgłos morza i jedynie woda na horyzoncie. Tak bardzo często wygląda połowa mojej soboty. Zawsze warto.

surf

Czekoladki za jaja

0meredith

Słyszę pukanie do drzwi.
„Proszę”
W drzwiach staje Tom, znajomy profesor z uczelni. Podchodzę do niego zza biurka:

- Co słychać?

- Zakochałem się w tobie – mówi i szczerząc się wyciąga czekoladki w kształcie serec w kiepskim, plastikowym pudełku również w kształcie serca. Takie pudełko, które jest od góry przezroczyste i tak szczelnie zaklejone, jakby celem czekoladek była dekoracja a nie konsumpcja.

- Jak to? – pytam śmiejąc się niepewnie, choć oczywiście wiem, że to żart.

- To czekoladki za to, że masz jaja. Za to co napisałaś na temat obozu.

(A kilka dni wcześniej napisałam do wszystkich, że nie pojadę na obóz integracyjny studentów pierwszego roku studiujących po angielsku, jeśli nie będę miała przydzielonego zadania lub prezentacji. Jeżdżę co pół roku, bo standardowy jest w kwietniu wraz z początkiem nowego roku akademickiego, a drugi dla studentów studujących po angielsku, ponieważ ich rozpoczęcie studiów dopasowane jest do światowych standardów. W kwietniu zawsze mam prezentację dla nowego narybku i aktywnie w czymś uczestniczkę. Jesienią natomiast jestem prawie jak mastkotka mimo, że to właśnie większość swojego czasu poświęcam wykładom w języku angielskim. Jadę i jestem uwięziona w górach na dwa dni. W górach, do których nie mogę wyjść i w których nie bardzo nawet mogę popracować. Do tego są tam gigantyczne pająki.)

- Dzięki! – tym razem śmieję się szczerze w głos – Ale wyobraź sobie ile osób mówi teraz: „a to smarkula; pracuje tutaj zaledwie 2.5 roku, a myśli, że wszystko może”.

- A pomyśl, ilu Japończyków teraz myśli: „ona może to zrobić bo jest gaijinką; ile bym dał, żeby móc tak powiedzieć i tam nie jechać”. I naprawdę nie jedziesz?

- Naprawdę. Mam ciekawsze rzeczy do roboty niż patrzeć się jak pierwszy rok się integruje. Pojechałabym... ale nie lubię bezczynności.

- Gratulacje!

***

Czekoladki były okropne, ale przecież nie o to chodzi. Mam jaja! Zjem i złe czekoladki.

© Edith na tropie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci