RSS
piątek, 18 maja 2012
Un Joli Cache Cache

Mała kawiarenka, którą ciężko znaleźć, bo opasana jest od ulicy kilkoma gatunkami róż pnącymi się ku słońcu. W środku półki uginają się pod ciężarem porcelany z różnych zakątków świata. Talerzyki, kubeczki, naparstki, figurki... Gdzieniegdzie książki z bajkami i przepisami. Ręcznie malowane torebki, podstawki na świeczki i wiele innych drobiazgów, które przez cały czas przyciągają uwagę.

Przy otwartej kuchni wielkie słoje z suszonymi owocami, kawałki ciast i innych ciekawostek, które tworzą artystyczny nieład pełen jakiejś niewyjaśnionej harmonii. 

Za każdym daniem kryje się historia. Ale historia nie pokoleniowa z dziada pradziada, a historia bajkowa. Można zjeść tartę jajkową podawaną dzieciom w opowieściach.

Sałatkę wiosenną z bratkiem

Chlebek biały (jedyny chleb jaki jadłam w Japonii, którego smak był identyczny jak w Polsce) i miodowy, taki sam jak Kubuś upiekł dla swoich przyjaciół.

Miodowy kurczak z cebulą i brzoskwinią, bo miodek to jest to, co misie lubią najbardziej.

W przerwie opowieści o fińskich bajkach.

Na deser truskawkowy mus winny przykryty puszystą śmietanką prosto od autora scenariuszy anime, który kiedyś mieszkał w okolicy.

I zagotowany susz.

Jeśli myślicie, że to koniec niespodzianek, to jesteście w błędzie. Właścicielka, a zarazem szef kuchni, podaje każdemu inne filiżanki. Kieruje się własnym odczuciem, stylem i wiekiem klientów.

Jak na bajkowy obiad, to na pewno nie Disneyland a Un Joli Cache Cache w Tama-shi.

wtorek, 15 maja 2012
O kimonie słów kilka

Jakiś czas temu przypadło mi kilka ważnych funkcji na weselu mojego bliskiego kolegi. Opisane zajmie wieki, więc na temat wesela, zbiorę się w sobie i napiszę w odpowiednim czasie co nieco.

Dziś chciałam przekazać tajemną wiedzę, która powszechnie znana nie jest a do ciekawych się zalicza. Mianowicie... budowa kimona. Tak się składa, że kimono to jedynie wierzchnia warstwa, a pod spodem kryje się szereg tajemnic. Większość z tych tajemnic trzyma piękną konstrukcję na plecach.

Na początek zakładamy Hadajuban, która jest taką jakby bielizną: wiązana, luźna, bawełniana bluzka i halka. (Reszta wyjaśnień za chwilę)

A na Hadajuban zarzucamy Nagajuban, które jest wielkości kimona.

Nagajuban zakłada się po to, żeby kimono nie zrobiło się brudne i delikatnie mówiąc niezbyt uroczo pachnące od naszego potu. Kimono się nie pierze stąd ta delikatna obsługa. Z tego samego powodu na jego kołnierz zakłada się Haneri, które chroni kołnierz kimona dając dodatkową, wielką, ozdobną warstwę. Nagajuban jest długa. Długa jak kimono. O wiele za długa żeby w niej wyjść, więc z pomocą przychodzą nam Koshihimo (koshi - talia, himo - lina). Układa się odpowiednią długość z dołu, podkłada ręczniki żeby nie wyrządzić krzywdy i związuje osobnika ile sił w rękach. Układa się od góry i znów to samo. Dokładnie tak samo postępuje się z kimono. Wiadomo, że sznurki nic nie usztywnią, a potrzeba być nieco sztywniakiem pod obi. Tutaj do gry wchodzą Datejime, nazywane też magicznym paskiem jeśli ma rzep. Jeden na Nagajuban, drugi na Kimono. No i zaczyna się zabawa z układniem długaśnego obi w bajeczne kształty. Dodatkowo między nie, a kimono z przodu idzie obita, która ma za zadanie znów usztywnić. Ogólnie tak zostałam usztywniona, że po dwóch gryzach czułam się najedzona, a po ściągnięciu tej konstrukcji momentalnie głodna jak wilk.

Obimakura pomaga podtrzymać cudne wzory na plecach, a Erishin (poniżej) usztywnia Haneri.

Obijime z Odidome zdobią związane z zewnątrz.

Do całości dochodzą skarpetki Tabi i buty Zori

A całość tego opisu sprowadza się do tego:

Tagi: kimono
19:21, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
2 dni/tygodnie/lata

W dwa tygodnie moje życie wywróciło się do góry nogami.

Te dwa tygodnie wydają się być dwoma dniami, ale jak myślę o tym co się stało, wydają się być dwoma latami...

Niemniej jednak wracam do pisana. I to jeszcze dziś. U mnie będzie noc, w Polsce 7 godzin później, więc na pewno można zajrzeć wieczorem jeszcze raz. Może więcej Indii, może kimono, może jakieś smakołykowe zdjęcia. Nie wiem, ale coś na pewno się pojawi. Zamówienia przyjmuję do 'samego południa' - polskiego czasu rzecz jasna.

Poniżej kawałek Tokyo.

Tagi: Tokyo
04:45, 0meredith
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 maja 2012
Wspomnienie Indii

Bo już praktycznie to mi zostało. Minął zaledwie miesiąc od mojej podróży, a ona sama zaczyna zajmować dalszej miejsca w pamięci. Wszystko przez wir pracy i nadrabiania zaległości jaki mnie spotkał po przyjeździe.

Otworzyłam więc folder pod hasłem 'India' i lecę po zdjęciach, żeby sobie chociaż zapach Mumbajowych spalin odświeżyć. I rozmyślam...

O ludziach, których domem, łóżkiem i miejscem pracy jest drewniany wózek.

O ewolucji hinduskiej flagi.

O budynku, w którym zatrzymał się kiedyś Ghandi, a teraz został przerobiony na jego muzeum,

...czy o niezwykłej bibliotece którą w sobie mieści.

O dość starym samochodzie na parę, który można zobaczyć w...

Centrum Nauki Nehru.

 

Tenże park nauki, właśnie obchodzi swoje 35-lecie. I rozmyślam dalej... Jak to kurna możliwe, że Polska dopiero wystrzeliła swojego pierwszego satelitę, w którego początki byłam zaangażowana kilka lat temu, a Indie mają 35-letni park nauki, który wygląda jak przodek Centrum Nauki Kopernik, własny program kosmiczny itp. W tym samym czasie połowa ludzi śpi na ulicach, w domach nie ma ciepłej bieżącej wody (przynajmniej w kilku losowych w których byłam, domyślam się, że oczywiście są też inne warunki), a korupcja jest tak powszednia jak wschód słońca. Już pierwszego dnia miałam wrażenie, że Indie nie drgnęły od momenty, kiedy opuścili jest Brytyjczycy. Wszystko tycz się północy rzecz jasna (miejsc gdzie stanęła moja biała stopa), nie mam przyzwolenia na ocenę całego gigantycznego Hindstanu, a wieść niesie, że południe zdecydowanie różni się od tego co widziałam. Następnym razem.

Pod Mumbajem jest też zbudowana na wzór starodawny wioska, która ma przyciągać turystów. Wydała mi się smutna i zapomniana. Może trzeba przyjechać jak tłum ludzi przedziera się przez jej teren? Ja trafiłam na pracowników tańczących od niechcenia dla garstki ludzi, kelnerów z minami 'Rany... znowu trzeba podać do stołu'  czy masażystów rozłożonych na fotelach dla klientów.

Jednym słowem, miejsce naprawdę ciekawe, ale atmosfera mogłaby zabić największego optymistę. Nawet znudzony wielbłąd jakby dopełniał całe to miejsce.

Potem już tylko próba złapania transportu, który nie zedrze z nas 5 razy tyle co powinien i dojeżdżamy do dworca. Na tym kończy się dla mnie Mumbai (więcej w poprzednich postach: tutaj i tutaj). Wsiedliśmy w nocny pociąg, aby zobaczyć wschód słońca w Jalgaon, rodzinnym mieście Raja.

Tam czekały na mnie kolejne przygody i hinduskie 'spokojnie, zdążymy' które mało nie pozbawiło nas pociągu w dalszą drogę.

Tagi: Indie Mumbai
06:58, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2012
Darmowe bilety odleciały

Niestety wbrew temu co zapowiedziało Ministerstwo Turystyki pod koniec 2011 roku darmowych biletów do Japonii nie będzie. Ta wiadomość zasmuciła tysiące ludzi na całym globie i odbiła się zdecydowanie mniejszym echem niż poprzednia, radosna, o nie bagatela liczbie 10 000 bohaterów, którzy owy bilet mogą dostać. Decyzja jest bardzo zrozumiała, bo ciężko, żeby rząd wykładał kasę na turystów (i to w takiej liczbie), kiedy rejony potrzęsieniowe są ciągle w opłakanym stanie. Jak słusznie zauważono możliwe, że pieniądze z donacji należałoby również włączyć w tę akcję, a nie sądzę, aby jakiekolwiek państwo było z tego tytułu zadowolone. Żal serce ściska, że podali takie informacje nie myśląc zbytnio, przed uchwaleniem nowego budżetu. Nie chcę mówić, że ktoś mógł zrobić to celowo, aby poruszyć jakoś sektor turystyczny, ale wiele nasuwa się przemyśleń. Nie zmienia to faktu, że do Japonii ciągle można przyjechać i nawet czasem można tanio. na pewno osoby, które bardzo chcą znajdą swoją drogę. A na osłodę kilka zdjęć z wiosennego Tokyo.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Zatrąb proszę

Z pewnością trochę potrwa zanim podzielę się wszystkimi wrażeniami z Indii. Niemożliwe jest też opisanie wszystkiego na blogu, bo musiałabym zamknąć się na kilka dni i po prostu napisać powieść, którą obawiam się, co niektórzy sklasyfikowaliby jako fantasy. Nie mniej podróże z lokalną kompanią i niespodzianki każdego dnia tworzą niezapomniane chwile grozy, radości i ogólnie historię.

Na przykład napis przyzywający do trąbienia mnie rozśmieszył. Bardziej formą niż treścią, ale pod koniec pierwszego dnia zdałam sobie sprawę, że to po prostu informacja tak normalna, jak: "Dziecko w samochodzie" czy "uwaga wyboje". Wiele samochodów wozi na tyłach takie przyjazne komunikaty, bo w tym kraju klakson zastępuje wszystkie zasady ruchu. Wydaje mi się, że lusterko wsteczne służy bardziej dla ozdoby, a kto nauczy się jeździć w Indiach może śmiało aplikować do BORu.

Tyły Sądu Najwyższego.

I brama ozdobiona godłem. Szybko dowiedziałam się, że obowiązuje tu zakaz fotografowania. I jestem pewna, że gdybym była Hindusem dostałam bym odpowiednią wiązankę, albo kolbą w łepetynę za ten wybryk od biegnącego do mnie strażnika. Ale po moim wielkim uśmiechu i przeprosinach: "Ja tylko zdjęcie lewków chciałam. Nie wiedziałam. Bardzo, bardzo przepraszam" twarz groźnego stróża spowił uśmiech i brak słów oraz ostateczne wycofanie się z sytuacji. Raj zaczął się zastanawiać, czy mogłam zaryzykować o zdjęcie z nim. Kto wie, kto wie...

A tutaj, trawnik na rondzie przed urzędem miejskim...

...coś na miarę jego koszenia.

Po pewnym czasie dotarliśmy na dworzec, gdzie trzeba było potwierdzić bilety nocne na dwie trasy. Oznaczeń oczywiście brak, więc jedyne źródło informacji to ludzie, którzy nierzadko wskazują przeciwne kierunki. Raz wskazali dokładnie przeciwne kierunki stojąc obok siebie. Co więcej, każdy z nich był pewien swojej racji.

Podział klasowy jest ciągle bardzo widoczny i tak na przykład istnieją na dworach klimatyzowane poczekalnie dla klas wyższych...

czy ławki tylko dla turystów zagranicznych.

Niedługo po znalezieniu punktu rezerwacji biletów okazało się, że miejsc wcale nie mamy choć już zapłacone, a jesteśmy na liście oczekującej. Trzeba było też zmienić coś w tych biletach i trzymać kciuki.

Złapać wolną taksówkę to jedno. Znaleźć kogoś kto nas podwiezie w ramach oszczędności czasu gdzieś blisko to już inna bajka. Skończyliśmy idąc, bo widocznie nikomu nie opłacała się tak krótka podróż.

Pan sprzedający odświeżacze do ust.

I tzw. święte krowy. Dla chętnych można kupić pęk trawy i nakarmić krowę... świetnie. Biznes się kręci.

To co dzieci lubią najbardziej.

Na wyjściu z dworcowej knajpy podziękowania w wielu językach świata, w tym po japońsku. Polskiego (na razie) brak.

Na wynos pikantna pasta i coś w formie mokrego chlebka. Zapomniałam niestety jak się to nazywa.

A jeśli ktoś wysłał w Mumbaju ubrania do prania to na pewno przyjechały tutaj. Po tym widoku przyznam się, że wolałabym prać moje własnoręcznie, choć miejsce szalenie ciekawe.

Odcięty od Mumbaju Haji Ali Darg (meczet)...

kryje jedno z najpiękniejszych wnętrz, które widział. Nie było mi dane wejść wszędzie, ale uwieczniłam co się dało.

Droga powrotna obfituje w sklepikarzy, którzy potrafią złapać za rękę i siłą ciągnąc do swojego stoiska, w żebraków...

oraz w budki z jedzeniem.

A to już nieco dalej. Mały sklepik z pieczywem i jajkami. Nie wiem jaka jest różnica między indyjskimi a angielskimi, ale te pierwsze są dwa razy droższe.

Więcej o jajkach możecie przeczytać na blogu Wszystkie kolory Indii.

Tego dnia pomyślałam: a w Japonii w tym momencie ludzie robią zdjęcia kwitnącej wiśni.
Pomyślałam nawet, że to czyste szaleństwo. Więc gdy tylko przyjechałam pobiegłam do parku i swoje zdjęcie też cyknęłam... I wierzcie mi lub nie, ale w tym roku było to jedno z dwóch kwitnących drzew wiśni jakie widziała.

07:52, 0meredith
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
Poranek w Mumbaiu

W 1996 roku nazwę Bombay zastąpiono Mumbai'em. Nazwa nie wzięła się z powietrza, choć to zależy co rozumiecie pod pojęcie bogini, bo właśnie na cześć Mumby nazwę zmieniono. A pochodzi ona z 2go wieku przed naszą erą, czczona przez ludy Koli. Obecnie zamieszkuje go ponad 16 milionów ludzi.

Ku mojemu zdziwieniu nieco po 6 rano każdy obecny pracownik hotelu znalazł już sobie zajęcie. Co więcej zrobiłam zdjęcie temu chłopcu, bo do złudzenia przypominał mi lokaja z filmu 'Brokedown palace'. Nie wiem tylko czym, bo akcja dzieje się w Tajlandii, a nie w Indiach.

Czerwone światło w tym mieście znaczy chyba: uwaga, slalom gigant! Nocą większość świateł nie działa, ale nad ranem też mało kto przestrzegł zasad ruchu.

Mimo pojawiającego się tłoku na ulicach port Mumbaiu wyglądał ciągle na drzemiący w objęciach Morfeusza.

Podobnie jak skierowany w stronę portu budynek Taj Mahal Palace, hotelu wzniesionego niemal 110 lat temu.

Tuz obok, Brama Indii zbudowana niedługo po hotelu. Dumnie postawiona przed króla Jerzego V ironicznie stała się też punktem, z którego Indie opuszczali ostatni Brytyjczycy, kiedy te pięły się ku niepodległości.

Drzewa z takimi narodowymi barwami oznaczają własność rządu i biada tym, którzy chcieli by je ściąć.

Gdzieś po drodze strażnik czyta poranną gazetę.

I w końcu czas na śniadanie.

Świeże mleczko kokosowe, które mleczkiem wcale nie jest, a raczej wodą kokosową. Wnętrze też można wyjeść.

Oraz słodziutki soczek ze świeżo wyciśniętej trzciny cukrowej.

Myślałam, że to mało. Jednak w jakiś sposób taka dawka wystarczyła mi na kilka godzin.

Tutaj życie toczy się na ulicy.

Nawet jeśli nie wszyscy jeszcze postanowili przywitać nowy dzień.

Tagi: Indie Mumbai
17:35, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 kwietnia 2012
Na razie tylko ciemność

Wypadłam z lotniska jak z procy łapiąc rykszę. Musiałam jechać w niej z otwartą buzią, ale na pewno z zadowoloną, bo radość Raja po zerknięciu na mnie nie znała granic. Zresztą czułam się jak wyciągnięta z namolnie przemiłej Japonii i wrzucona w sam środek serii National Geographic dla ekstremalnych podróżników. Pędzące samochody, ryksze, ludzie na rowerach i piesi. Wszystko wymieszane ze sobą na ulicy. Trąbiące, machające rękami, oddalone od siebie o centymetry. Punkt pierwszy wieczornego maratonu: dotrzeć pociągiem do dworca, z którego następnego dnia w nocy zaczynamy podróż i zostawić tam bagaże na przechowanie. Kupno biletu na lokalny pociąg zajęło wieki, a w zasadzie znalezienie punktu jego kupna. Wbiegliśmy do dość pustego wagona i ku mojemu zaskoczeniu nad drzwiami widniało: Pierwsza klasa. Jakimi drzwiami, co ja mówię?

Noc przyjemna, ciepła. Po wypełnieniu papierów bagaż jej bezpieczny. Choć jak się patrzyłam się na tamto miejsce i myślałam o Polsce to wcale bezpieczny mi się nie wydawał. Złapaliśmy taksówkę i po dwóch godzinach dotarliśmy do hotelu. Tą jedną noc spędzamy na nieruchomym łóżku, na każdą kolejną mieliśmy, a bynajmniej tak mi się wydawało, wykupiony bilet kolejowy.

Północ. Wita nas pan na recepcji. Klucze, łóżko i budzik nastawiony na 6 rano. Zasypiam zastanawiając się jak wyglądają te szkolne ulice nad ranem. 

Tagi: Indie Mumbai
18:13, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 kwietnia 2012
I jeszcze ja

Kto ma dość Smoleńska to zapraszam jutro na kolejną relację z Indii. Jak to po wakacjach bywa trzeba podobnej ilości czasu, żeby nadgonić czas w którym się odpoczywało.

Ciężko mi dziś pisać o czymś śmiesznym, czy wesołym, gdy otwieram strony polskich serwisów informacyjnych. Pamiętam dokładnie ten dzień, bo był bardzo wiosenny. Byłam w Japonii dopiero dziesiąty dzień i tego konkretnego dnia zostałam z akademiku, w którym wówczas mieszkałam, żeby pouczyć się, czy może nadrobić pewne zaległości. O którejś godzinie zeszłam do pokoju telewizyjnego, gdzie mogłam połączyć się z internetem. I trafiłam dokładnie w początek burzy. Pierwsza wiadomość: rozbił się samolot z parą prezydencką, nie wiadomo, czy ktoś przeżył. Zostałam już wtedy przy komputerze i jedyne co mogłam zrobić to czytać wiadomości. Dotknęło mnie to bardzo osobiście, gdy dowiedziałam, że Justyna też była na pokładzie. Nie mogłam uwierzyć, że tak przesympatyczna dziewczyna, z którą wymieniałyśmy sobie pozdrowienia na wydziale, zginęła.

Z jakiegoś powodu ten dzień przypomina mi dzień, kiedy dowiedziałam się, że mój najlepszy przyjaciel odszedł, a ja byłam tysiące kilometrów od niego. Mój dziadek.

Taki mam dziś zadumany dzień. I choć powinnam w tym momencie opisywać jak szalona wyniki swoich obliczeń, to praca idzie jak krew z nosa.

wtorek, 03 kwietnia 2012
Namaste Indie

Przyspieszony lot, natłok ludzi i w końcu opóźniony wylot. Narita starała się utrzymać mój poziom stresu na godnym japońskim poziomie, ale się nie dałam. Biegałam przez całe lotnisko i niemalże wpadłam do samolotu sądząc, że to ostatni raz kiedy łamię dzisiaj nogi, ale nie mogłam być w większym błędzie. Jednak nikt oprócz mnie się wcale na ten lot nie spieszył mimo, że zamykano wejście. Wtedy jeszcze nie docierało do mnie, że lecę do Indii. A może nawet nie docierało do mnie, że lecę gdziekolwiek.

Czas przekąsek. Naprawdę nie miałam ochoty na wody, soki, herbaty itp. Dostałam dwie paczki solonych orzeszków ziemnych a na "Dziękuję, nie chcę nic do picia" sok pomarańczowy z lodem.

Pewna Japonka koło mnie zdecydowanie nie należała do fanów jedzenia na wysokościach (o ile tacy istnieją) i odmówiła nawet obiadu nie starając się być miła, gdy po raz trzeci starano się cichaczem zostawić jedzenia na jej stoliku. W tym momencie jak obuchem doszło do mnie gdzie lecę. Będzie jak u babci: jesteś za chuda i niezdrowo wyglądasz, jedz. Steward bacznie obserwował kto je, a kto nie, przechadzając się alejką i musiałam wydać mu się najwyraźniej znudzona. Zamieniliśmy dwa zdania o tym, co białogłowa robi w Japan i na dowiedzenia, po odkryciu kraju moje pochodzenia powiedział: "Aaaa, Polska? Warszawa... ładna jest." Uśmiechnął się i poszedł. Może zjeść, a może szokować kolejnych pasażerów. Niech mi ktoś jeszcze powie, że o Polsce mało kto wie na świecie. A szanowna młodzież niech kuje.

Nasz Boeing wylądował o godzinę później niż ustawa przewiduje, a może nawet jeszcze później. Nie mogliśmy wyjść z samolotu, bo czekaliśmy na podłączenie zasilania, co by pilot mógł w końcu wyłączyć silnik. Połowa ludzi miała jakieś przesiadki, w tym ja. Co więcej, wiedziałam, że kolejny lot do Mumbaju jest przyspieszony, tylko nie wiedziałam o ile. Zanim więc kolejka się ruszyła widziałam już siebie niemogącą wylecieć z Delhi, kłócącą się, że chcę lecieć dziś, personel Air India rozkładający ręce i rezerwujących mi poranny samolot, oczywiście bez hotelu, więc zostaję na lotnisku, ale ono jest zamykane, ochrona siłą wyrzuca mnie za drzwi i spędzam noc wśród bezdomnych, a Raj czeka i nie wie co się dzieje, bo nie mamy jak się skontaktować. Moje scenariusze dzięki Bogu szlag trafił.  Zebrałam się w sobie i to bardzo i sprintem, z językiem do kolan dobiegłam do pierwszego punkt odprawy na kompletnym bezdechu tłumacząc dlaczego jestem zgrzana jak piec i nie mogę oddychać, na co strażnik spokojnie zajrzał w mój paszport i rzekł: "Pani samolot jest już w powietrzu". I jeszcze spokojniej podał mi go, a moje czarne wizje wróciły ze zdwojoną siłą.
- To co ja mam zrobić?
- Tam, w prawo - machnął sobie ręką za głową kontynuując rozmowę z kolegą z budki obok.
- A co mam zrobić? Mam iść po bagaż, czy on leci do Mumbaju?
Spojrzał się na mnie co najmniej jak na niedosłyszącą
- Do Air India proszę iść, tam i bagaż - znów machając sobie za głową - i tam coś Pani załatwi.
Więc ja biegiem po ten bagaż i całkiem bez sensu, bo pas nawet jeszcze nie drgnął. Poczekałam 20 minut zanim zobaczyłam swój dobytek. W głowie jeszcze kołatały mi się myśli, że on pewnie nie wie co mówi, pewnie się myli i mój samolot czeka wciąż tankując itp. Oprawa przy wyjściu, pytam się gdzie są łączone loty. W prawo. Biegnę. Odprawa, strażnik mało nie powalił mnie na ziemię wyciągniętą ręką i pytaniem, a gdzie to ja tak się spieszę. Czekam na bramkach. Wraca z moim paszportem i potwierdza wersję 'samolotu w powietrzu'. Air India. W prawo. Biegnę. Lotnisko mi się kończy. Pytam. W lewo. Biegnę, po drodze upewniam się. Nie, nie. W prawo. Ale już tu byłam! Pytam się innych ludzi, w lewo jednak. Biegnę, kolejna odprawa do windy. Jadę na drugie piętro. Widzę dwa wejścia i korzystam z karty nieogarniętej blondynki idąc do wejścia gdzie nikt nie czeka, bo wygląda jak wyjście. Szybko, z bagażami w dłoniach tłumacze, że mój samolot chyba odleciał, albo leci, ale muszę być szybko blisko bramek. Pani strażnik tym razem, bierze mnie za bety i wpycha przed 30 osób tłumacząc innemu, że ja się spieszę. Chyba. Bo w końcu mówiła z Hindi. Dumna i zadowolona pobiegłam do bramek. Znów zatrzymana, bo tym razem zapomniałam, że mam ze sobą coś, co musi być nadane na check-in. I gdzie ja w ogóle biegłam skoro nie wiem do jakiej bramki mam iść, ale zaraz obok jest odprawa do Mumbaju. Pani spokojnie słucha mojej historii i z kamienną twarzą dyskutując z koleżanką wrzuca mnie na kolejny lot.
- Poleci Pani tym lotem. O 20:00.
Patrzę się na kartę pokładową, gdzie wydrukowano, że wejście do samolotu od 19:30. Patrzę na zegarek 19:38. Chyba pobiłam rekord w przyspieszeniu od 0 na krótki dystans. Tym razem krzyczę do pana, który mnie zawrócił, już z odległości 5 metrów, że mam kartę pokładową zamiast bagażu, co wywołało niemały uśmiech na jego twarzy. I na połowie personelu w odległości kilometra też. Ale kto by się przejmował szczegółami. Najważniejsze, że znów wpadłam do samolotu na czas. Zajęłam miejsce i zastanawiałam się dlaczego puszczają w trasę samolot wypełniony zaledwie w 30%. A więc nie puszczają. W tym kraju najzwyczajniej wszyscy mają czas i nikomu się nie spieszy.

W Mumbaju przywitał mnie Raj. Wdech i wydech radości.

Dobry wieczór Indie. Namaste. Tak zaczęła się moja przygoda.

Tagi: Indie
17:06, 0meredith
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
Japan
Poland