RSS
środa, 09 lipca 2014
Sannou Matsuri

Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem trafiłam rankiem na matsuri. Dojechałam sporo przed 9 rano i wolnym krokiem ruszyłam ze stacji na uczelnię, ale tuż po wyjściu z podziemi moją uwagę przykłuli policjanci. Było za wcześnie na ich kierowanie ruchem (zazwyczaj wychodzą w godzinie szczytu) i zdecydowanie za wcześnie na protest. Swoją drogą to protesty często właśnie tędy się przewalają, a wygląda to tak: kilku skandujących Japończyków z odręcznie napisanymi hasłami, dookoła nich z dziesięcu policjatów i dwa razu tylu dziennikarzy.

Przeszłam na drugą stronę ulicy i moim oczom ukazał się mnich w odświętnym wdzianku stojący na czerwonym świetne na pasie, gdzie powinny być samochody. Tak to czasem wszechświat się zgra, że trafiłam dokładnie na początek parady z Sannō Matsuri, która trwała dość długo idąc dzielnie ulicami nowoczesnego Tokyo i obserwowana przez mijających ją sąsienimi pasami kierowców. Ludzie w drodze do pracy (w tym ja) zatrzymywali się na chodniku robiąc zaciekle zdjęcia telefonami.

Sannō Matsuri (Festiwal Sannō) jest jednym z głównych festiwali shinto w Tokyo. Cały festiwal obejmuje nie tylko paradę złożoną de facto z 300 osób, która wolnym rytmem przetacza się przez Chioyoda-ku, ale trwa blisko tydzień łącząc różne drobniejsze zajęcia. Jest to znaczący festiwal, gdyż był dopuszczony przez shoguna, kiedy ten wkraczał do zamku Edo podczas ery Edo (1603-1867).

Oto skrót tych 600 metrów tradycji, które trwają blisko 10 godzin (tak, tak; to nie jest spacer przez trzy ulice)

 

wtorek, 01 lipca 2014
I tyle po drzewkach

Odebrałam swoją wizę do Iranu i za półtora miesiąca wsiadam opatulona w hijab w samolot i wybywam na dwutygodniowe wakacje. Podobno mają tu panować jakieś niestworzone upały w tym roku, ale nie jestem pewna czy przebiją Iran. Wiza jest nadzwyczajnie nieczytelna, bo zapisana w całości w farsi (perskim). Jedyne co potrafię odczytać to daty jej ważności. Nie martwi mnie to za specjalnie, bo tyle wystarczy mi wiedzieć przecież. Lot wykupiony, a teraz się dokształcam. Odświeżyłam filmy z przeszłości takie jak 'Persepolis' i wzięłam się za literaturę. Z tym gorzej, bo chciałam za namową H. przerobić Kapuścińskiego 'Szachinszach', ale ciężko mi go dostać za wielkim kontynentem. Czuję się trochę jakbym miała zdobyć jakiś zakazany owoc. W domowej bibliotece mimo pokaźnych zbiorów tej pozycji akurat brak (moi rodzice dzielnie znoszą moje prośby o podsyłanie książek), znajomi też nie mają, ci w Japonii również. Możemy się pochwalić, że jest biblioteka w ambasadzie polskiej w Tokyo, takie łał! Ale na tym chwalenie się kończy, bo na mój e-mail sprzed tygodnia nikt nie opowiedział, a z tego co pamiętam to była czynna tylko w środy w takich godzinach, że mogę zapomnieć o jej odwiedzeniu. Ktokolwiek płaci na to grube pieniądze to lepiej niech się nie ośmiesza, bo to nie ma sensu w takim zakresie w jakim działa. Ah... biblioteka? co ja mówię... czytelnia. Przecież nie można wypożyczać książek tylko czytać na miejscu. Liczę na to, że jestem jednak w błędzie i coś się zmieniło od ostatniego czasu.

Zdjęcie na dziś to widok przez moje gabinetowe okno na uczelni.

Chcę go wam pokazać, bo niedługo zniknie. Nie drzewa, ale okno. Nie potrafię sobie poradzić z hasłem, który się przez nie przedostaje do środka niezależnie od tego czy okno jest otwarte czy nie. Chciałam to cicho załatwić w sekretariacie, ale razem z sekretarką przydreptał dziekan, były dziekan i szef konserwacji uczelni... i jeden profesor po drodze się napatoczył. Wszyscy mocno słuchali, wytężali zmysły i przytakiwali jeden po drugim, że tak, tak. Taki ciągłe buuuuuczenie jest męczące. Rozwiązanie jest bolesne, ale jeśli ten hałas się utrzyma to zacznę szukać nowej pracy. Mianowicie zabiją okno czymś coś redukuje dźwięki. Mam nadzieję, że nie będzie jak z naprawą zamka w drzwiach. Zamek działa, ale teraz drzwi nie mieszczą się we framudze i trzeba mocno dopchnąć, żeby zamknąć. I takie rzeczy mi nie przeszkadzają. Ale tyle lat w mieście do niczego mnie nie przyzwyczaił. Ze wsi jestem i kiedyś w końcu na nią wrócę. Cieszę się i płaczę równocześnie, bo to okno jest największym plusem mojego gabinetu. No cóż, nie można mieć wszystkiego, ale można cieszyć się z tego co się ma. 

Na przykład z lokalnego targu rybnego, gdzie pana za stoiskiem można poprosić o wypatroszenie świeżej rybki na miejscu.

04:05, 0meredith
Link Komentarze (4) »
czwartek, 05 czerwca 2014
Komentarz obrazkowy

Tak wygląda właśnie pora deszczowa, tsuyu, jakby się ktoś zastanawiał. Na szczęście nie leje, tylko jak na razie popaduje sobie delikatnie.

Tagi: tsuyu
05:55, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 czerwca 2014
I stało się lato - skrót pogodowy

Tak to tutaj się dzieje. Jest tak sobie, ni to zimno, ni ciepło i nagle budzę się rano zlana potem, bo za oknem morze ognia. Stało się lato. Póki wilgoć do tego nie dołączy, jak dla mnie może być. Ale wygląda na to, że pora deszczowa chyba nadchodzi...

Tagi: Tokyo
15:35, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 maja 2014
0.5 kg na głowę

Świat z pewnością zbliża się ku końcowi jeśli w miesięczniku motoryzacyjnym wydawanym przez Japoński Związek Samochowy jest cały artykuł poświęcony modzie męskiej na kemping. Moda na biwak... Świeże gaciory i śpiwór. Ot moda. A nie...

Fartuch do gotowania bije na głowę aboslutnie wszystko. Mam nadzieję, że nie zapomnieli o olejkach ekerycznych na komary, piance do golenia i perfumach, żeby w lesie dobrze się prezentować. Jeszcze jakiś lokalny zając się napatoczy, a trzeba trzymać 'klasę', nie ma że odpoczynek. W oczach Japonczyków muszę być prawdziwym barbarzyńcą. Kiedy wybrałam się na jednodniową wspinaczkę to wzięłam wodę i trochę mocno zgniecionego ryżu (onigiri). Brak kocyka, maty, mini butli z gazem, specjalnych podkolanówek i czapki na głowie pewnie niejednych wyprowadził z rytmu chodu. Pomyśleli, że jestem laikiem i nie wiem co robię. Mało tego pewnie za kolejnym zakrętem zobaczą mnie ponownie - pomyśleli - (bo wszystkich wyprzedzałam) zdyszaną i wycieńczoną. A jednak nie... tych co wyprzedziłam już więcej nie widziałam.

Aby otrząsnąć się z modowego szoku poszłam na lunch. Lekki, bo soba na zimno z odrobiną tempury w niskiej cenie. Tego było mi trzeba. Zapłaciłam, czekam.

- Szanowny klient numer 12... [to ja]
- Tak?
- Procja ma 500 g, czy to nie problem?
- Nie...

Pani znika w kuchni kątem oka patrząc na moje niespełna 50-kilowe ciałko w marynarce i obcisłych spodniach gdy z powrotem siadam na krześle. Wtedy dochodzą do mnie słowa... 500 g... 500... 0.5 kg... Soby na zimno? 0.5 kg makaronu na zimno?!

W sekundę później uśmiechnięty pan z kuchni wykrzykuje mój numerek i już odbieram tacę z górą klusek. Jeszcze szybka ocena miejsca. Gdzie ja w ogóle weszłam? Ah tak... żadnej innej kobiety. I chyba ta sterta żarcia przede mną mówi sama za siebie.

Wiosłuję więc pałeczkami łapczywie chwytając spojrzenia panów mojego wzrostu ze zdecydowanie większymi gabarytami, którzy odstawiają niedojedzone porcje.

Ja nie dam rady?

Teraz muszę jeść najbardziej normalnie, jakby to było coś co robię codziennie. 0.5 kg makaronu. Spokojnie kończę ostatnie kęsy i ze zwycięskim wyrazem twarzy wychodzę wolnym, ale zdecydowanym krokiem przez drzwi, aby niesporzeżenie doturlać się do stacji. Dobrze, że to zimna soba. Już w pociągu połowa strawiona i czuję się zupełnie normalnie. Z ryżem nie dałabym rady. Kto by pomyślał... takie niepozorne miejsce.

poniedziałek, 26 maja 2014
Zielone śniadanie

Od dłuższego już czasu (może rok, a może nieco dłużej) jestem ogromną fanką smoothie. Rano pomyślałam, że podzielę się z wami jednym z nich. Dzisiejszymi bohaterami były: kiwi, banan, jabłko, pietruszka, seler naciowy i komatsuna. Komatsuna jest smacznym japońskim warzywkiem, którego ogólnie nie je się na surowo. Zawiera 2.8 mg żelaza i 170 mg wapnia w 100 g.

Oczywiście jak zwykle porcja jak dla armii z odrobiną wody na dnie.

Wyszły dwie szklanki takiego zielonego mazidła.

Pycha!

Nie robię tego codziennie, bo nie zawsze chce mi się myć z rana tyle garów, ale powiedziałabym, że średnio wychodzi 5 razy w tygodniu. I nie zawsze jest takie zielone. Zdecydowanie polecam.

piątek, 23 maja 2014
Pospolicie

Czas mija, ja nic nie piszę, a blog jest ciągle otwierany. Jak dla mnie jest to w pewnym sensie fenomenalne, a nawet mobilizujące.

Siedzę w pokoju, gdzie echo lubi się nieść pomiędzy moim biurkiem, a dwama szkolnymi ławkami pod ścianą udającymi stół konferencyny. I pomimo dwóch kolejnych szafek po mojej lewicy pokój ciągle ma zadatki na pusty. Pewnie książki rołożone na ławkach, które czekają na półki muszą się już mocno niecierpliwić. Poprzez grube księgi przedmiotów i wykładowców całej uczelni, po podstawy wymiany ciepła i materiały konferencyjne. Wszystkie one czekają. Pokój jest nieco szpitalny, bo kremowy do dwóch metrów wysokości, a wyżej (będzie z metr) biały. Cał mój, a będzie go ze 20 metrów kwadratowych. Może o ilka mniej.

Codziennie wsiadam do pociągu, żeby dojechać na uczelnię. Codziennie o innej porze, choć powoli tych innych pór zaczyna mi brakować. Testuję pociąg z nowego miejsca i jak na razie 8:30 jest najelpszą godziną. Ewentualnie 6 rano. Około 9:00 tłok rośnie by o 9:30 znów uderzyć kolejne szczyty. Linia Sobu jest zawsze zatłoczna. Kwestia tego jak bardzo. Przy dobrych wiatrach, gdzieś na początku składu czeka na mnie jakieś miejsce, więc mogę poczytać książkę na siedząco. Niestety jest też dość 'popularna' jeśli o rzucanie palenia chodzi. Takie rzucanie na zawsze. Toteż często są komunikaty o upadku pasażera, wypadku z udziałem człowieka itp, które na jakiś czas spowalniają ją.

Tydzień temu odwiedziłam Osakę. Nie mogło się obejść bez okonomiyaki.

Był też zamek, zakupy... Ale zdjęć? Tyle co widać. I do tego komórką. Czasem dobrze jest się skupić na cieszeniu się tym co nas otacza, a nie upamiętnianiem tego. Choć tego gościa musiałam upamiętnić...

W drodze do centrum z lotniska został chyba ofotografowany ze wszystkich możliwych kątów, aż doszłam do wniosku, że może jest w nim coś specjalnego. W końcu na stacji końcowej czekały prawdziwe tłumy.

środa, 12 marca 2014
Czeluście tokijskiego metra

Kiedyś już wspominałam, że pociągowa komunikacja miejska w Tokyo jest dość skomplikowana. Mamy metro i kilka innych linii, które tworzą naprawdę niezłą sieć komunikacyjną, która zabierze nas absolutnie (prawie) wszędzie.

Wczoraj jadąc metrem zaczęłam się zastanawiać po raz kolejny jak wyglądają te tunele pod ziemią tworzące jakby odrębne miasto. I ku mojej uciesze udało mi się chwycić byka za rogi. Na początek kilka faktów.

Metro zaczęto budować w 1925 roku, a dwa lata później oddano do użytku pierwszy odcinek między Asakusą i Ueno. Podziemne węże liczą sobie 9 linii, a 13 jeśli dodamy do tego jednego operatora kolejki podziemnej jakim jest Toei.

(Po kliknięciu na obrazek przeniesiecie się na oryginalną mapę ze strony metra tokijskiego)

Mówi się, że jest to najbardziej zatłoczone i zapracowane metro na świecie, bo wg szacunków dziennie przemieszcza się nim około 8.7 milionów pasażerów (mówię tylko o metrze, linie JR wożą dziennie 17 milinów pasażerów, a najbardziej zatłoczony pociąg ich linii 3000 na raz). Ciągnie się przez blisko 300 km i zatrzymuje na około 300 stacjach. Jest jednak kilka stacji, które owiane są tajemnicą, a jedną z nich jest Kokkai-gijidoumae położona koło budynku japońskiego parlamentu. Na stacji zatrzymują się dwie linie, Marunouchi i Chiyoda. Peron tej druga właśnie wkopany jest 38 metrów pod ziemią, co czyni go najniżej położonym w metrze (niektóre stacje Toei położone są nawet niżej). Plotka głosi, że na tej właśnie stacji znajdują się sekretne drzwi, którymi można dojść do piwnicy jednego z budynków parlamentu, a parlamentarzyści mają sekretne linie. Jakby tego było mało, stare niebiesko-kalkowe plany linii Chiyoda pokazują jeszcze jeden poziom nawet głębiej, w który to ma znajdować się sekretny pociąg. Takim pociągiem w razie katastrofy parlamentarzyście bądą mogli wydostać się bezpośrednio poza miasto.

 

Tegoroczna kampania "Jak zachowywać się w metrze". Więcej na oficjalnej stronie.

 

Starsza kampania. Więcej obrazków tutaj.

 

A teraz mój byk.
W 2009 Takatsugu Kuriyama z Uniwersytetu Tokijskiego stworzył makietę tokijskiego metra. Model ma 80x80 cm, więc wszystkie lunaparkowe spady jakie zobaczycie trzeba odpowiedno rozciągnąć na gigantyczną powierzchnię rzeczywistą. Model ukazuje kilka linii więcej niż tylko metro.

 

I nieco dłuższe wideo z opowieścią autora makiety.

Tagi: metro Tokyo
03:10, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 marca 2014
Sylabusowy horror

Siedzę i piszę. Kasuję i przepisuję. Szukam i poprawiam.

Dwa dni temu miałam nigdzie nie wychodzić. Padał deszcz. Ale nie tak po prostu padał. Lało jak z cebra! Jakby już tsuyu pukało pokątnie. Skoro nigdzie mnie nie wzywają to dlaczego by nie spędzić dnia w przytulnym mieszkanku? Ale coś mi mówiło, żeby sprawdzić skrzynkę pocztową, która jest całe osiem pięter w dół i do tego zaraz za drzwiami, koło windy dmucha zimny wiatr. Jednak to uczucie, że jednak powinnam, nie dawał mi spokoju. Racja była po mojej stronie. Pięknie zapakowany list z uczelni. A w nim... "Prosimy napisać sylabusy".

Nowa uczelnia, nowe obowiązki. Tylko dlatego dopiero teraz i dlaczego już także na semestr zimowy? Ba, sylabusy wykładów, których wcześniej nie prowadziłam. Termin oczywiście od niedzieli (nawet tygodnia nie dostałam). Namnożyło się tego do 5, więc siedzę i wymyślam. Wymyślam czego ich nauczę, czego oni się nauczą, jak będę oceniała, jaki procent oceny stanową różne takie perypetie jak obecność czy raporty itp. Co ciekawie odkryłam coś ciekawe: "reaction paper". Okazało się to być niestety zwykłą zejściówką, której nie będę u siebie propagowała. Liczyłam na coś bardziej wyrachowanego.

Siedzę tak i piszę, gdy temperatura za oknem spadła dziś do 0 stopni. I chyba czas się pojaponizować nieco... wanna mnie woła.

11:44, 0meredith
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 marca 2014
Podrót do korzeni

Czy ja w końcu zacznę coś pisać? 

Odpowiadam: Nie wiem.

Potrzebuję chyba przerwy, poukładania i zastanowienia się. Chciałabym napisać coś swojego, książkę, nie blog. Chciałabym zebrać myśli i wrzucić w jedną wersję, ale chyba pisarką nie jestem. Na pewno za to jestem nieco naukowcem i muszę się teraz skupić na studentach, których poznam od kwietnia, a którym będzie trzeba przekazać jakąś rozsądną widzę na wykładach.

W miniony weekend byłam w Kyoto. Wszystkie świątyni poszły w odstaw, bo raz je widziałam i nie potrzebowałam znów stać w kolejkach. Potrzebowałam lasu, świeżego powietrza i zieleni.

Postanowiłam odwiedzić tyko dwa zaludnione miejsca. Jednym z nich była Kiyomizu-dera (Świątynia Czystej Wody), która jest moją ulubioną w Kyoto, bo roztacza się z niej piękny widok. Na początku marca niekoniecznie musi jednak być piękny, kiedy otaczające świątynie 'lasy' wiśni są niczym więcej jak kikutami gałęzi bez kwiatów i liści. Jednak nie te wiśnie w niej lubię, a wolność która panuje dookoła. Lubię to uczucie, gdy stoi się nad otwartą przestrzenią po wyczołganiu się z rzeki ludzi i wąskich uliczek zabytkowego miasta.

W drodze powrotnej nawet jakieś dwie maiko udało się uchwycić w obiektywie.

A potem była już tylko góra Kurma (oczywiście byli tam jacyś ludzie, ale bez porównania z miastem)

Sanzenin w Oohara

...a potem już tylko las i ja.

Tagi: Kyoto
05:17, 0meredith
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Japan
Poland